Jaki sprzęt kupujemy, jaki sprzęt produkujemy w kraju itd. Ale większość tych dyskusji dotyczy potencjalnej wojny jako takiej. Dotyczy zdolności, które nasza armia będzie posiadać w potencjalnym konflikcie, i tego, na ile te zdolności zabezpieczą albo nie zabezpieczą nam potencjalnego zwycięstwa lub porażki. Natomiast, jak wiemy jeszcze z traktatu Wegecjusza z czasów starożytnego Rzymu, pierwszym celem wojennych przygotowań nie jest wygranie konfliktu – lecz jego uniknięcie. „Si vis pacem, para bellum”.

W sytuacji, kiedy żyjesz w agresywnym otoczeniu, twoja własna siła niezbędna jest przede wszystkim po to, by zrównoważyć agresję przeciwnika. I jeżeli przygotujesz się do wojny w odpowiedni sposób i udowodnisz potencjalnemu przeciwnikowi, że cena inwazji będzie za wysoka, to do wojny może nie dojść.

Porozmawiajmy więc chwilę o polskim odstraszaniu. W latach poprzednich nasze odstraszanie w dużej mierze bazowało na tym, że jesteśmy częścią wielkiego sojuszu, którego przytłaczająca potęga odstrasza sama w sobie. 80 lat pokoju w Europie wskazywało, że to odstraszanie faktycznie działa. Natomiast w ostatnim czasie zmienił się układ geopolityczny świata i dla państwa będącego głównym filarem NATO, dla Stanów Zjednoczonych, dotychczasowy system sojuszniczy, który sami zbudowali po drugiej wojnie światowej, przestał być atutem, a stał się obciążeniem. Przynajmniej tak elity amerykańskie zaczęły ten system postrzegać.

To nieuchronnie prowadzi nas do osłabienia więzi transatlantyckich, co torpeduje jedność NATO, wiarę w siłę artykułu 5 i... w sposób nieunikniony burzy też podstawę odstraszania Sojuszu Północnoatlantyckiego. W tej sytuacji nie możemy już więcej polegać jedynie na NATO jako tej sile, która ma powstrzymać potencjalnego przeciwnika przed atakiem.

Co nam pozostaje?

Niektórzy w Polsce sądzą, że w czasie, kiedy układ międzynarodowy się sypie, należy zacieśnić bilateralne stosunki ze Stanami Zjednoczonymi, co spowoduje, że USA będą zainteresowane naszą obroną. Logika tej koncepcji polega na tym, że skoro siły zbrojne USA to trzon potencjału NATO jako sojuszu, a więzi sojusznicze słabną, no to należy zapewnić sobie wsparcie tego trzonu.

Problem tutaj polega jednak na tym, że partnerskie stosunki z USA w sensie siły odstraszania nie są tożsame z NATO. Sojusz Północnoatlantycki był częścią systemu, częścią świata, w którym rządziły ściśle określone reguły (albo przynajmniej ich pozory)...

W tamtym świecie USA deklarowały wprost, że są oddane swoim zobowiązaniom, żeby nikomu nie przyszło do głowy ich testować. W chwili obecnej mamy zupełnie inną sytuację. Nowa administracja deklaruje egoistyczną politykę i instrumentalizuje sojusze. „America First” oznacza, że Europa musi wziąć pełnię odpowiedzialności za swoje bezpieczeństwo na siebie. Kiedy Amerykanie to deklarują, z jakiegoś powodu w Polsce wielu myśli, że dotyczy to Niemiec, Belgii, Francji i innych państw europejskich, które przez lata zaniedbywały kwestie obronności.

No a Polska, skoro wydaje tak wielkie kwoty na armię, to musi też być inaczej traktowana. Ale przecież to nie Niemcy czy Francja są bezpośrednio zagrożeni, to nie te państwa są na wschodniej flance NATO, blisko Rosji i Ukrainy. Kiedy USA mówią o odpowiedzialności za swoje bezpieczeństwo, mają przede wszystkim na myśli to, że nie zamierzają więcej zużywać swoich zasobów na obronę tych obszarów w Europie, które tej obrony potrzebują.

Nie mówią o Francji, która nie jest zagrożona i dlatego nie potrzebuje ich obrony. Logicznym jest założyć, że mówią o tych obszarach, które są zagrożone. Więc to, że wydajemy 5% PKB na obronność, USA oczywiście cieszy (przede wszystkim dlatego, że znaczna część tych 5% ląduje w USA), ale cieszy nie w tym sensie, że skoro jesteśmy tak wzorowym członkiem NATO, to będą mocniej nas bronić, tylko dlatego, że oczekują, iż sami za siebie weźmiemy odpowiedzialność z tymi wydatkami. A oni będą jedynie nas wspierać, przesyłając informacje, uzbrojenie, amunicję i być może jakiś ograniczony kontyngent.

Amerykańskie deklaracje o tym, że Europa musi sama się bronić i czasy, kiedy USA gwarantowały europejskie bezpieczeństwo, się zakończyły... One nie sprzyjają budowaniu przekonania u Rosjan, że USA w pełni zaangażują się w potencjalny konflikt po naszej stronie. Wprost odwrotnie, oni burzą swoje odstraszanie na wschodniej flance. Ich wojska nadal mogą tutaj stacjonować w tej samej liczbie, z tym samym uzbrojeniem, ale efekt ich obecności będzie zupełnie inny. Bo to nie same lufy czołgów stanowią odstraszanie, tylko przekonanie przeciwnika, że te lufy wystrzelą albo nie wystrzelą w razie wybuchu konfliktu.

I tu przechodzimy do sedna. Jeżeli ani odstraszanie NATO, ani USA nie dają już nam gwarancji, to co pozostaje?

Odpowiedź jest oczywista... siła polskiego państwa i polskich sił zbrojnych. Dzisiejsza sytuacja nie jest już tą z 1939 roku. Wróg nie ma już tak przytłaczającej przewagi nad nami, jak było to wtedy. Ukraińcy pokazują, jak można na polu bitwy zniwelować rosyjską przewagę liczebną. Polska ma spory potencjał gospodarczy i technologiczny. Wybudowanie jednak odporności, która pozwoli nam nie tylko przetrwać w wojnie z Rosją czy nawet wygrać ją..., ale też pozwoli udowodnić przeciwnikowi, że konflikt się po prostu nie opłaca, wymaga prawidłowego rozstawienia akcentów w polityce państwowej. Rosja jest państwem, które przekonane jest o swojej przewadze nad Zachodem przede wszystkim w sensie ceny, którą jest gotowa zapłacić za wygranie wojny.

Przegrana bitwa czy utrata setek tysięcy żołnierzy nie jest w stanie zbytnio zdestabilizować systemu politycznego czy zrobić wrażenia na społeczeństwie tego kraju, szczególnie jeżeli wrogiem jest znienawidzony Zachód. Rosjanie często akcentują uwagę na tym aspekcie. Traktują zachodnie społeczeństwa jako słabe i niegotowe na poświęcenie się. Więc Rosja celuje w to, że nas po prostu nie będzie stać na wojnę z nią, że nasze państwo i społeczeństwo się załamie i się podda, albo wprost skapituluje i zagłosuje na partie polityczne gotowe do porozumienia się z Rosją pod presją samego tylko strachu przed wojną.

Odstraszanie Rosji nie polega więc jedynie na kupowaniu czołgów, bo to nie kwestie militarne są decydujące w tych warunkach. By nie dopuścić do wybuchu wojny, musimy przede wszystkim demonstrować, że mamy wolę polityczną i jesteśmy gotowi do użycia tej siły, którą posiadamy. Wojsko Polskie samo w sobie nie jest w stanie Rosjan odstraszyć. Za armią musi stać całe społeczeństwo, należy zademonstrować jedność społeczeństwa w tym zakresie, należy tworzyć inicjatywy społeczne na rzecz wsparcia wojska i głośno o tym mówić. Rosjanie muszą widzieć, że nie ma szans, by po pokonaniu Wojska Polskiego Rzeczpospolita się poddała. Nie ma szans pokonać nas w długotrwałym konflikcie.

Czynnik społeczny jest bardzo ważną częścią składową odstraszania, która jest z reguły ignorowana..., ponieważ dla polityków strach powiedzieć społeczeństwu, że bez ich zaangażowania i poświęcenia swojego czasu i pieniędzy państwo nie da rady sprostać wyzwaniu o takiej skali. Społeczeństwo zaś jest wtedy uśpione... Jeżeli mówi się mu, że jesteśmy „zwarci, silni, gotowi”, a nasza armia posiadać za chwilę będzie 1000 czołgów i 100 śmigłowców szturmowych, no to nam nic nie trzeba robić. Płacimy podatki i żyjemy sobie dalej spokojnie. Wojna to sprawa armii, służb, państwa... NATO. Ale nie nasza.

Taka postawa jest bardzo niebezpieczna. Jeżeli Rosjanie czegoś się obawiają, to właśnie uwikłania się w wojnę podobną do tej na Ukrainie, gdzie ich błędna kalkulacja co do reakcji ukraińskiego społeczeństwa doprowadziła do długotrwałej wojny na wyczerpanie. Należy więc zademonstrować Rosjanom, że co by się nie stało, tu nie będzie łatwiej... a będzie nawet gorzej.

Mikołaj Susujew