Debata o nowej konstytucji dotyczy przede wszystkim zmiany ustroju. Niejasny podział kompetencji pomiędzy rząd a prezydenta od lat generuje poważne trudności, co widać szczególnie ostro właśnie teraz, za prezydentury Karola Nawrockiego. Polski system jest ewenementem w skali Europy i wielu politologów, polityków i publicystów uważa, że trzeba go zmienić, stawiając na bardziej jednolitą formę sprawowania władzy: system kanclerski (premierowski) albo system prezydencki. Dyskusja na ten temat jest ciekawa, a rozstrzygnięcie zupełnie nieprzewidywalne. Polski system zresztą, choć ma swoje ograniczenia, bywa też użytecznym bezpiecznikiem. Wystarczy pomyśleć, jak z perspektywy prawicy wyglądałyby rządy w naszym kraju, gdyby wprowadzić system kanclerski, a najważniejszy urząd objąłby Donald Tusk. Lewica też nie byłaby zachwycona samowładnymi rządami Jarosława Kaczyńskiego…
Niezależnie od tego, jakie rozwiązanie zostanie ostatecznie przyjęte, trzeba zwrócić uwagę również na inny, kluczowy aspekt: na odwołanie do Pana Boga.
Obecnie w polskiej konstytucji to odwołanie jest bardzo słabe. W gruncie rzeczy, konstytucja jest dokumentem agnostycznym. „My, Naród Polski – wszyscy obywatele Rzeczypospolitej, zarówno wierzący w Boga będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna, jak i niepodzielający tej wiary, a te uniwersalne wartości wywodzący z innych źródeł…”. Z tego wynika, że Bóg jest - albo Go nie ma, zależnie jak się komu wydaje. Niektórzy obywatele mogą właśnie w Nim gruntować źródło praw i obowiązków, a inni mogą wyprowadzać je skądkolwiek indziej, co zwykle sprowadza się do jakichś humanistyczno-rewolucyjnych odezw czy deklaracji międzynarodowych. Ktoś może powiedzieć, że takie rozdwojenie etyczne jest właściwe, bo adekwatnie opisuje kondycję społeczeństwa, rzeczywiście głęboko podzielonego pomiędzy wierzących i niewierzących. Problem tylko w tym, że rozdwojenie etyczne nie służy dobru państwa. Ostatecznie rzecz biorąc, z istnienia Boga wynikają naprawdę dalekosiężne skutki - podobnie jak i z nieprzyjęcia wiary w Jego istnienie.
Zaraz, wiary?… No, właśnie. To kluczowy problem. Wierzyć można w Jezusa Chrystusa jako Syna Bożego, w Kościół święty, w Matkę Bożą. W Boga też, oczywiście, można wierzyć – ale zarazem można Jego istnienie rozpoznać samym rozumem. Tak uważa europejska klasyczna tradycja filozoficzna – istnienie Boga, czyli Stwórcy świata, jest rozpoznawalne rozumowo. Skoro tak, to nie widać żadnego racjonalnego powodu, by zachowywać dalej w konstytucji rozdwojenie etyczne. Zdecydowana większość Polaków uważa – zgodnie z rozumem – że Bóg istnieje. Mogą nie praktykować religii katolickiej, wątpić w Jezusa Chrystusa – ale są przekonani, że świat ma swojego Stwórcę. Stwórca świata jest zarazem źródłem etyki. W konsekwencji odwołanie się do Niego jako gwaranta praw i obowiązków nie powinno podlegać żadnej większej dyskusji.
Takie odwołanie jest tymczasem potrzebne, bo historia dowodnie pokazała, że tylko Pan Bóg może gwarantować państwu jakikolwiek rzetelny ład i porządek. Wielkie reżimy totalitarne XX wieku były z gruntu bezbożne: III Rzesza, Związek Sowiecki, komunistyczne Chiny… Jeżeli Boga nie ma, to godność człowieka nie jest zakotwiczona w niczym stabilnym – zależy tylko od widzimisię innych ludzi. To otwiera drogę do największych nawet zbrodni, bo człowiek może być traktowany tak, jak zwierzę – utylitarnie. Wyłącznie osadzenie państwa w Bogu sprawia, że człowiek ma jakąś rzeczywistą godność, a to z kolei znacząco utrudnia jego instrumentalizację.
W wieku XXI taki parasol ochronny jest nam bardzo potrzebny – być może jeszcze bardziej, niż w wieku XX. Rozwój nowoczesnych technologii sprawia, że godność ludzka jest wystawiona na szereg zagrożeń. Zabijanie nienarodzonych, słabych, chorych i starych; manipulacje genetyczne; sztuczna inteligencja; ograniczanie wolności poprzez cyfrową kontrolę… To wszystko sprawia, że musimy bardzo silnie zadbać o elementarne gwarancje dla ludzkich praw i obowiązków.
To może stać się tylko w Bogu. Dlatego dyskutując o kształcie nowej konstytucji nie zapominajmy o naszym Stwórcy. Bez niego ustawa zasadnicza i tak będzie jałowa – niezależnie od tego, czy wybierzemy system kanclerski, prezydencki czy też utrzymamy obecny status quo.
