Słowa te zostały następnie rozwinięte przez szefa sejmowej komisji spraw zagranicznych Pawła Kowala, który w rozmowie z TVN24 przekonywał, że Polska powinna zabiegać o obecność wojsk USA, ale „oczywiście bez podbierania, bo to by nas po prostu ośmieszało”. Jednocześnie użył ostrych słów wobec przeciwników politycznych: „Nie ma niczego bardziej dziecinnego jak pisowski pogląd, że my nagle pojedziemy do Waszyngtonu i przekonamy Waszyngton, żeby się pokłócili z Niemcami (…) Większej dziecinady i infantylności politycznej to ja dawno nie widziałem”.
W tej wypowiedzi uderza jednak nie tylko ton polemiczny, ale także próba usprawiedliwienia publicznego stanowiska obecnego szefa rządu, które w praktyce oznacza rezygnację z aktywnego zabiegania o wzmocnienie obecności militarnej USA w Polsce. Kowal przekonywał, że „zawsze, kiedy próbujemy wejść między Niemców a Amerykanów, to na koniec się po cichu dogadają”, sugerując, że Warszawa powinna zachować powściągliwość.
Taka argumentacja budzi jednak poważne wątpliwości. W sytuacji, gdy bezpieczeństwo regionu pozostaje jednym z kluczowych wyzwań geopolitycznych, rezygnacja z zabiegania o relokację sił amerykańskich może być postrzegana jako działanie osłabiające strategiczne interesy Polski. Krytycy wskazują, że zamiast wzmacniać własną pozycję, rząd wybiera kurs podporządkowany logice relacji Berlina i Waszyngtonu.
Słowa Pawła Kowala, który mówi o „ośmieszaniu się” w kontekście zabiegania o obecność w Polsce wojsk największego mocarstwa świata, są odbierane przez część komentatorów jako próba wybielenia skandalicznych słów premiera. Tymczasem dla wielu obserwatorów naturalnym działaniem państwa jest dążenie do maksymalizacji własnego bezpieczeństwa, zwłaszcza w obliczu zmian w rozmieszczeniu sił NATO w Europie.
