Po pierwsze Aleksander Miszalski okazał się fatalnym prezydentem nawet na tle poprzedniej, naznaczonej stagnacją,  sekwencji kadencji  Jacka Majchrowskiego.

 

Po drugie Platforma wybrała wyjątkowo nihilistyczną taktykę wzywania do zbojkotowania referendum. Niczym w jakiejś dziwacznej rekonstrukcji kampanii nieboszczki Unii Wolności, do pozostania w domach zachęcały takie „autorytety” jak Krystyna Zachwatowicz, wdowa po Andrzeju Wajdzie, Róża Thun czy Andrzej Sikorowski z muzycznej grupy „Pod Budą”.

 

Po trzecie - jeszcze tuż przed głosowaniem krakowska Platforma zerwała, quorum aby nie dopuścić do posiedzenia Rady Miasta, na którym zamierzano zadać prezydentowi Miszalskiemu wiele kłopotliwych pytań.

W tej atmosferze podejrzliwości  wobec działań władzy niektórzy krakusi zaczęli podejrzewać nawet w nalotach służb na mieszkania Tomasza Sakiewicza i Karola Nawrockiego – chęć odciągnięcia uwagi pod Wawelem od referendum.

 

Cała ta kampania ratowania prezydenta Krakowa nic nie dała, a być może nawet na tyle rozjuszyła Krakowian, że odwołali  swojego włodarza.

 

Tyle, że ten triumf, którego symbolem było podstawienie pod główne wejście do magistratu wymownych taczek, stracił dużo ze swojego uroku, gdy następnego dnia okazało się, że minimalnie, ale zabrakło odpowiedniego procentu głosów do odwołania Rady Miasta. W tej sytuacji szansa na wielką zmianę znacznie  spada. Nowy prezydent, ktokolwiek nim będzie, będzie musiał negocjować wszystkie swoje najważniejsze zamiary z obecną radą. Oczywiście polityka jest polityką i nie wiemy jeszcze, jak rozegra sprawę przyszły włodarz miasta, ale radość z odejścia Miszalskiego została znacznie zmącona.

 

Ale popatrzmy też na plusy sytuacji. Na chwilę wrócił klimat z wiosny zeszłego roku, kiedy to wszystkie partie opozycyjne po prawej stronie zjednoczyły się na chwilę, aby doprowadzić do zwycięstwa prezydentury Karola Nawrockiego. A czy podobna tendencja do połączenia sił nastąpi teraz? Na razie tylko Konfederacja ogłosiła, że ma już kandydata w wyborach na prezydenta Krakowa. Będzie to młody prawnik Bartosz Bocheńczak, związany z Ruchem Narodowym, czyli frakcją Krzysztofa Bosaka. To dosyć typowa próbka stylu konfederatów, którzy nawet nie wzięli pod uwagę jakichś rozmów z PiS i Koroną Brauna na temat wyłonienia jakiegoś wspólnego, kompromisowego kandydata. Pytanie co zrobi PiS? Pod Wawelem mówi się, że najpopularniejsza polityk tego ugrupowania  Małgorzata Wasserman zadowolona jest z pracy w swojej kancelarii adwokackiej i podobno nie pali się do startu w wyborach. Jest jeszcze powtarzana przez ileś ust plotka, że na start miałby ochotę były prezydent Andrzej Duda.  Ale nie jest jasne, czyje poparcie miałby on uzyskać. Tym bardziej, że pan prezydent nie miał ostatnio dobrej passy w występach publicznych.

A może prawica zaciśnie zęby i poprze Łukasza Gibałę – raczej lewicowca, ale też polityka, który zdaje się mieć determinację do osłabienia lobby Miszalskiego w mieście?

I wreszcie  kolejne pytanie - kogo wystawi Platforma? Oczywiście gdyby zdecydowała się ponownie na Miszalskiego, to mogłaby uzyskać sukces, ale jednocześnie byłaby to próbka niezłej arogancji.

Wybory w Krakowie to niej jest dobra wiadomość dla Tuska. Znów rozgrzeją polityczne emocje i są szansą dla przeciwników Koalicji Obywatelskiej. Pytanie jednak, czy partykularyzmy w tym obozie nie spowodują wystawienia rzeszy skłóconych z sobą aspirantów, którzy we wzajemnym podgryzaniu się utorują drogę do ponownego triumfu Platformy w mieście smoka wawelskiego?