Kiedy Leon XIV pojawił się na loggii Bazyliki św. Piotra wieczorem 8 maja 2025 roku, natychmiast ogłosił wolę zaprowadzania jedności. Do idei zjednoczenia odwołał się aż czterokrotnie. Papież miał na myśli zarówno wymiar polityczny, jak i wewnątrzkościelny. W tym pierwszym obszarze, pomimo wysiłków watykańskiej dyplomacji, efekty są zawsze ograniczone – ostatecznie decydują przecież wielkie mocarstwa, które nie zawsze są skłonne do tego, by brać pod uwagę opinię Watykanu. Bezpośredni wpływ Ojciec Święty ma wyłącznie na jedność w Kościele. W ciągu ostatniego roku sytuacja w tym obszarze była tymczasem bardzo specyficzna.
Pontyfikat papieża Franciszka przyniósł Kościołowi ogromny chaos. Zgodzi się z tym chyba każdy, nawet ci, którzy uważają okres 2013-2025 za czas dobry dla wiary. Franciszek wywoływał potężne konflikty takimi decyzjami i działaniami, jak umożliwienie Komunii świętej dla rozwodników (2016), Synod Amazoński (2019), zgoda na pozaliturgiczne błogosławienie par jednopłciowych (2023) czy rozpoczęcie Synodu o Synodalności (2021-2024). Wielu komentatorów uważało, że poczynania Ojca Świętego są po prostu słabo przemyślane: zawiera się w nich jakaś idea, ale nie zostaje dobrze przedstawiona światu, nie ma umocowania w solidnej teologii – i to właśnie prowadzi do zasadniczych konfliktów. Oczekiwano, że Leon XIV zdecyduje się na jakieś uporządkowanie tych wszystkich kwestii.
Tak się jednak póki co nie stało. Dziedzictwo Franciszka nie zostało przez ostatni rok w żaden sposób wyjaśnione. Leon XIV postanowił utrzymać status quo, starając się doprowadzić do jedności w zupełnie inny sposób. Nie wyjaśnia wrażliwych kwestii dogmatycznych, ale stara się od wszystkiego dystansować. Stało się to szczególnie widoczne w niezwykle kontrowersyjnej sprawie błogosławienia par jednopłciowych. Leon XIV już dwukrotnie odciął się od praktyki Niemców i Belgów, którzy błogosławią takie pary w uroczysty sposób – ale zarazem odwołał się do rozstrzygnięć Franciszka, pozostawiając w mocy deklarację „Fiducia supplicans”, choć jest to przecież tekst pełen wewnętrznych sprzeczności. Papież stara się, by pod jego rządami mogli w Kościele odnaleźć się wszyscy: zarówno bardzo progresywni katolicy, którzy odrzucają dotychczasową naukę moralną Kościoła, jak i ci, którzy chcą zachować wierność wobec moralnej Tradycji katolickiej.
Co istotne, ten mechanizm rzeczywiście działa. Niemcy czy Belgowie robią swoje, a reszta Kościoła udaje, że tego nie widzi – ewentualnie żyje w przekonaniu, że papieżowi się to nie podoba, więc nie ma o co robić dramatu. Pytanie tylko, czy tak rozumiana jedność jest adekwatna wobec tego, czym jest Kościół katolicki?
Wydaje się, że nie. Kościołowi od samego początku towarzyszyły bardzo intensywne spory doktrynalne. Świadkiem tych sporów są synody i sobory organizowane w czasach starożytnych. Teologowie kłócili się o najrozmaitsze zagadnienia. Towarzyszyły temu schizmy, ekskomuniki i poważne perturbacje polityczne. Powszechnej jedności zdecydowanie nie było. Katolicy wierzyli jednak, że prawda jest najważniejsza. Innymi słowy, nie można zgadzać się na równoległe funkcjonowanie kilku konkurencyjnych koncepcji doktrynalnych czy moralnych, bo oznaczałoby to zgodę na błąd i zdradę Ewangelii. Koncepcję chrześcijaństwa a-dogmatycznego miał cesarz Konstantyn, który chciał uczynić Kościół religijnym zwornikiem politycznej jedności i tożsamości swojego imperium. Dla biskupów i teologów było to jednak zbyt mało. Można odnieść wrażenie, że po 1700 lat wracamy dziś do koncepcji Konstantyna. Rezygnujemy z prawdy, byleby tylko zachować jedność.
Być może papież Leon XIV pójdzie jeszcze inną drogą. Na jesień tego roku zwołał przewodniczących Konferencji Episkopatu z całego świata. Chce z nimi rozmawiać o adhortacji „Amoris laetitia” Franciszka, czyli o dokumencie, który rozpoczął cały chaos za sprawą sugestii o Komunii świętej dla rozwodników. Jeżeli spotkanie zostanie przeprowadzone w duchu teologicznej jasności i uczciwości, być może wyznaczy „nowy początek” pontyfikatu Leona XIV. Na ten początek trzeba czekać, bo pierwszy rok, pomimo wszystkich różnic między Robertem Prevostem a Jorge Mario Bergogliem, był jednak czasem zasadniczej kontynuacji.
