Demonstranci, których akcja objęła około 150 miast w prawie wszystkich 16 krajach związkowych Niemiec (z wyjątkiem Dolnej Saksonii), domagają się znaczących podwyżek płac, skrócenia tygodniowego czasu pracy, wydłużenia okresów odpoczynku oraz wyższych dodatków za pracę w nocy i w weekendy. Strajk zbiegł się z trudnymi warunkami pogodowymi, co jeszcze bardziej skomplikowało sytuację milionów pasażerów.

Według ekspertów ekonomicznych, przerwy w kursowaniu transportu publicznego tego kalibru mogą generować ogromne straty finansowe, sięgające od 100 do nawet 200 milionów euro dziennie, jeśli protest będzie nadal trwać. Media podkreślają, że pasażerowie mają prawo domagać się zwrotów kosztów za niewykorzystane bilety, co dodatkowo obciąży budżety przewoźników.

Verdi prowadzi negocjacje z komunalnymi związkami pracodawców w poszczególnych krajach związkowych. Związkowcy wskazują, że utrzymanie obecnych warunków zatrudnienia grozi dalszym spadkiem atrakcyjności zawodów w sektorze transportu publicznego i niedoborem pracowników już w najbliższych latach. – Jeżeli nie wywalczymy lepszych warunków, transport publiczny może przestać funkcjonować na odpowiednim poziomie — powiedział Andreas Schackert, przedstawiciel Verdi w rozmowach z mediami.

Strajk ma szczególne znaczenie w takich regionach jak Bawaria, Brandenburgia, Saarland, Turyngia, Hamburg czy Berlin, gdzie prowadzone są dodatkowe negocjacje dotyczące podwyżek płac średnio blisko 100 tysięcy pracowników miejskich przedsiębiorstw transportowych i autobusowych.

W efekcie paraliżu komunikacyjnego wiele niemieckich przedsiębiorstw deklaruje konieczność wprowadzenia elastycznych form pracy zdalnej, a liczne szkoły i instytucje przesunęły rozpoczęcie zajęć lub całkowicie odwołały lekcje, aby ograniczyć chaos komunikacyjny. Również władze miejskie analizują możliwość interwencji legislacyjnej, aby złagodzić skutki protestów i zapobiec kolejnym paraliżom w przyszłości.