Arogancją i butą sam sobie ufundował publiczny egzamin. To przykład inspirujący, który może infekować różne obszary samorządowego władztwa.
Skądinąd przypadek krakowski przewrotnie pokazuje, że organ samorządu wtedy jest bliżej ludzi, kiedy może ich bez zbędnych ceregieli dowolnie kąsać, sztorcować, przesadzać.
Jak słusznie zauważył w swojej ważnej pracy „O demokracji w Ameryce” Alexis de Tocqueville, społeczeństwa demokratyczne, gwarantując obywatelom wolność polityczną, powiększają jednocześnie despotyzm administracyjny. Mają więc obywatele ważne prerogatywy – decyzje wyborcze – w dziedzinie rządzenia państwem, ale nie można im powierzyć drobnych spraw, do których wystarcza zdrowy rozsądek: „Obywatele są na zmianę zabawką w rękach władzy lub jej zwierzchnikami, są czymś więcej niż królowie i czymś mniej niż ludzie zarazem”.
Rebelia samorządowa, którą projektowano w Gdańsku w 21 postulatach, czy też w ustawowych założeniach budowy regionalnych metropolii, umacniać ma aparat władzy – w relacjach z państwem jako organizacją wspólną i w relacjach z obywatelem, który karleje, gdy władza zwiększa swój rozmiar. Pojedynczy obywatel staje się wtedy jej zbędnym klientem.
Dopiero referendum, współczesna rewolucja, umożliwia obywatelom ucieczkę spod takich tyranii. Wykonawcy władzy samorządowej dysponują bowiem prawami politycznymi, prawami administracyjnymi, prawami ekonomicznymi i prawami pracodawcy. Brak słuchu społecznego do ich wykonywania nie jest żadną wadą.
Dowodzi tego przykład Krakowa, dowodzić może zmieniający się klimat Gdańska. I choć, jak podał portal „Gdańsk. Strefa Prestiżu”, magistrat Dulkiewicz wydał – poza obszarem propagandy własnej – na kształtowanie w mediach właściwej opinii publicznej 900 tys. zł, to w Gdańsku czuć niepokój, bo różne niedowłady i modne obsesje władzy zdają się kłócić z postulatami rozmaitych środowisk społecznych czy gospodarczych. Represje administracyjne raz dotykają restauratorów na Głównym Mieście, na niedosłuch i brak dialogu narzekają rady dzielnic, represjonuje się kierowców, którym ogranicza się przestrzeń komunikacyjną i możliwości parkingowe, fiskalizując coraz to nowe obszary – poza własnym, urzędowym rewirem dostatku.
Jeśli Kraków odwoła Miszalskiego, a już przykład z Zabrza jest krzepiący, dość jest w Gdańsku przesłanek, by nie czekać, aż któryś z wiceprezydentów, Grzelak czy Borawski, zacznie się samodzielnie wdzięczyć do „Kochanych Gdańszczanek i Kochanych Gdańszczan”.
W referendum to obywatele mówią sprawdzam, a nie partie z obywatelem w nazwie.
Stąd niepokój w Krakowie i… rozmowy o Gdańsku.
Marek Formela
