Głos w tej sprawie zabrał Jacek Zarzecki, przedstawiciel Polskiej Platformy Zrównoważonej Wołowiny, który nie pozostawia złudzeń co do skali problemu. „Chyba jednak nie do wszystkich dotarło, że 130 tys. ton wołowiny z Australii i Mercosur z obniżonym cłem to nie jest nic nieznaczący procent europejskiej produkcji” – napisał w mediach społecznościowych.

Ekspert zwraca uwagę, że nie chodzi o dowolny produkt, lecz o najbardziej dochodowe elementy tuszy. „Nie chodzi o byle jakie mięso. Chodzi o mięśnie grzbietu: rostbef, polędwice i antrykot […] to jest segment premium. To na nim rolnik zarabia” – podkreśla. Jak dodaje, importowany wolumen w tej kategorii może sięgać już nawet jednej piątej unijnej produkcji.

W ocenie Zarzeckiego problem polega na tym, że import nie uzupełnia rynku, lecz uderza dokładnie tam, gdzie znajduje się jego największa wartość. „To nie jest uzupełnienie rynku. To jest wejście dokładnie tam, gdzie jest opłacalność” – zaznacza.

Jeszcze bardziej niepokojąca – zdaniem ekspertów – jest kwestia cen. Choć mogłoby się wydawać, że większa podaż przełoży się na tańsze mięso dla konsumentów, rzeczywistość może wyglądać inaczej. „Konsument nie zobaczy taniej wołowiny. Bo różnicę zabiorą pośrednicy i sieci handlowe. Rolnik dostanie mniej. Zakład dostanie mniej. Eksporter dostanie mniej. A klient zapłaci tyle samo” – ostrzega Zarzecki.

Do ekonomicznych obaw dochodzi jeszcze problem standardów produkcji. Europejscy rolnicy działają w ramach restrykcyjnych przepisów dotyczących dobrostanu zwierząt, identyfikacji stad czy stosowania środków produkcji. Tymczasem – jak wskazuje ekspert – importowane mięso często nie podlega tym samym rygorom. „Europejski rolnik ma coraz więcej wymagań. Więcej kosztów. Więcej kontroli. […] A import? Nie ma tych samych standardów” – wylicza.

Wśród zarzutów pojawiają się także kwestie stosowania hormonów wzrostu, niedostatecznych systemów kontroli oraz problemów z identyfikacją bydła w niektórych krajach Ameryki Południowej. „To nie jest uczciwa konkurencja” – podsumowuje Zarzecki.

Sprawa nabiera szczególnego znaczenia w kontekście planowanego wejścia w życie umowy handlowej między Unia Europejska a Mercosur. Zgodnie z zapowiedziami jej tymczasowe stosowanie ma rozpocząć się 1 maja 2026 roku, choć pełna ratyfikacja może potrwać znacznie dłużej. Już teraz jednak – jak podkreślają eksperci – wołowina z Ameryki Południowej trafia na europejskie stoły.

W środowisku rolniczym narasta przekonanie, że decyzje handlowe podejmowane na poziomie międzynarodowym mogą mieć bezpośrednie konsekwencje dla lokalnych producentów. W grze nie są jedynie liczby i statystyki, lecz realne dochody gospodarstw i przyszłość całych regionów żyjących z produkcji wołowiny.