Siły specjalne USA przy wsparciu lotnictwa i marynarki wojennej przeprowadziły krótką i skuteczną operację w Wenezueli. Udało się szybko obezwładnić obronę przeciwlotniczą i bez przeszkód porwać prezydenta Wenezueli wraz jego małżonką z jego własnego pałacu. Prezydent Maduro obecnie przebywa w Stanach Zjednoczonych i ma być sądzony przez amerykański wymiar sprawiedliwości. W Polsce amerykańska operacja wywołała duże emocje, z jednej strony pozytywne, pełne zachwytu z powodu skuteczności armii amerykańskiej. Z drugiej strony pełne oburzenia z powodu agresywnego amerykańskiego imperializmu. Jak zwykle te komentarze różnią się w naszym kraju w zależności od tego, do jakiej części spektrum politycznego należy komentujący. Nie zabrakło też wyśmiewczych komentarzy w stronę Rosji, która swoją operację specjalną zamiast kilka godzin prowadzi już czwarty rok, tracąc ogromne liczby żołnierzy i sprzętu w ciężkich walkach na ukraińskim Donbasie zamiast szybkim skokiem zdekapitować kierownictwo Ukrainy. Warto jednak na tle tych komentarzy postawić kilka ważnych pytań, których brakuje w polskiej przestrzeni publicznej. 

Po pierwsze, czy amerykańska operacja rzeczywiście może doprowadzić do amerykańskiej kontroli nad Wenezuelą? Celem operacji było porwanie jej prezydenta, a wcale nie obalenie reżimu. Dziś jest to już oczywiste. W Caracas nie doszło do żadnego przewrotu czy rewolucji i mimo, że prezydent Maduro znajduje się w USA, reżim jako taki pozostał nietknięty. Z komentarzy strony amerykańskiej wynika raczej, że celem nie jest zmiana reżimu tylko dogadanie się z nim na warunkach amerykańskich. W ten sposób by był on zmuszony do przyjęcia amerykańskich warunków „współpracy” pod strachem dekapitacji. Strategia ta może przynieść odpowiednie skutki w postaci otwarcia dla USA dostępu do wenezuelskiej ropy naftowej. Ale czy może doprowadzić do trwałej zmiany w Wenezueli i czy bez zmiany politycznej w Caracas sytuacji nie wróci do tej sprzed operacji jak tylko dojdzie do zmian na szczytach władzy w Waszyngtonie? 

Należy również zadać sobie pytanie, dlaczego zmiana reżimu nie stała się celem operacji amerykańskiej? Z prostego powodu, Amerykanie boją się powtórzyć sytuację z Iraku i Afganistanu i nie chcą wciągnąć się w długotrwały konflikt. Dla Donalda Trumpa, który opiera się o elektorat głosujący na izolacjonizm i niemieszanie się w „obce konflikty”, cena polityczna podobnej wojny mogłaby być szczególnie wysoka. I problem tej sytuacji polega na tym, że wszyscy o tym wiedzą. Wiedzą, że mogą się obawiać krótkotrwałej i ograniczonej operacji specjalnej ze strony USA, ale nie pełnoskalowej inwazji. A to z kolei ogranicza pole manewru dla Amerykanów i osłabia siłę amerykańskiego nacisku, ponieważ w reżimach w których system władzy nie opiera się wyłącznie o jedną osobę, porwanie dyktatora niewiele zmienia. Pytanie polega jedynie na tym na ile stanowczy i zdeterminowany jest reżim i czy opiera się o mocny aparat siłowy i wsparcie miejscowej ludności. Na ile taki reżim jest silny wewnętrznie. 

Z punktu widzenia interesów polskich należy również zadać sobie pytanie, jakie konsekwencje dla nas ta operacja może przynieść? Rosja mimo, że jest przez wielu słusznie wyśmiewana za nieskuteczność jej machiny wojennej, która nie była w stanie przeprowadzić tak skutecznej operacji, podczas inwazji na Ukrainę, ma jednak nieporównywalnie bardziej ambitne cele niż te amerykańskie w stosunku do Wenezueli. Rosja, atakując Kijów w 2022 roku, nie zamierzała porywać Zełeńskiego tylko go fizycznie zlikwidować i zamienić na swoją marionetkę, a państwo ukraińskie zamierzała po prostu zlikwidować w jego obecnym kształcie. W odróżnieniu od Stanów Zjednoczonych, Rosja nie boi się stawiać „boots on the ground” i ponoszone podczas wojny straty nie obarczają kosztem politycznym prezydenta Rosji. Stany Zjednoczone jawnie dążą do porozumienia z Rosją. W swojej strategii bezpieczeństwa w niedwuznacznej formie wyznaczają, co jest ich strefą wpływów i gdzie ta strefa się znajduje. Polska do tej strefy wpisana nie jest, natomiast jak najbardziej została wpisana do strefy wpływów rosyjskich w roszczeniach Moskwy zawartych w jej ultimatum od listopada 2021 roku. W tej sytuacji operacja wenezuelska wpisująca się w koncept koncertu mocarstw, gdzie każde z tych mocarstw ma prawo na własną strefę wpływów, może posłużyć za argument w przyszłości dla Rosji i Chin, które wskazując na działania USA w Wenezueli, mogą wymagać w ten sam sposób respektowania przez USA potrzeby „ochrony swoich interesów” na Tajwanie czy w Wietnamie... czy też w krajach bałtyckich i Polsce w wypadku Rosji. Ciesząc się z tego, że USA robią porządek z wenezuelskim dyktatorem, pamiętajmy, że ta sama logika może zostać szybko przeniesiona przez naszych wrogów na naszą część globu. I w ramach tej logiki to my możemy stać się taką Wenezuelą z reżimem, który w Rosji będzie określany jako terrorystyczny i zagrażający bezpieczeństwu Rosji.