Wypowiedzi amerykańskich polityków nie pozostawiają wątpliwości, że Grenlandia zajmuje szczególne miejsce w kalkulacjach bezpieczeństwa USA. Donald Trump wielokrotnie podkreślał, że wyspa jest kluczowa z punktu widzenia obrony Stanów Zjednoczonych. Rzeczniczka Białego Domu Karoline Leavitt mówiła nawet o „różnych opcjach”, nie wykluczając wprost użycia sił zbrojnych, choć sekretarz stanu Marco Rubio wskazywał raczej na scenariusz zakupu.

Markiewicz zwraca jednak uwagę, że taka retoryka to element politycznej presji. W jego ocenie realnym celem USA może być doprowadzenie do ogłoszenia przez Grenlandię niepodległości, a następnie zawarcie z nią umowy o wolnym stowarzyszeniu (COFA) – podobnej do tych, które Stany Zjednoczone mają z Palau, Mikronezją czy Wyspami Marshalla. To pozwoliłoby Waszyngtonowi na trwałe związanie wyspy ze swoją strefą wpływów bez formalnej aneksji.

Znaczenie Grenlandii wzrosło dodatkowo po amerykańskiej interwencji wojskowej w Wenezueli, która – jak zauważa analityk – pokazała gotowość USA do twardego działania w obronie interesów na własnej półkuli. W Narodowej Strategii Bezpieczeństwa opublikowanej przez Biały Dom w grudniu jasno zapisano, że bezpieczeństwo półkuli zachodniej jest jednym z priorytetów obecnej administracji.

Nie chodzi wyłącznie o wojsko. Grenlandia posiada ogromne złoża metali ziem rzadkich – według szacunków drugie co do wielkości na świecie. Surowce te są kluczowe dla nowoczesnych technologii i przemysłu obronnego, a dziś dominującą pozycję w ich wydobyciu i przetwórstwie mają Chiny. Kontrola nad tymi zasobami pozwoliłaby więc USA wzmocnić konkurencyjność wobec Pekinu i Moskwy.

Jak podsumowuje Paweł Markiewicz, Waszyngton może próbować przekonywać Europę, że Grenlandia leży w naturalnej sferze wpływów USA, sugerując jednocześnie gotowość do wsparcia Europy w innych obszarach bezpieczeństwa, choćby w kontekście Ukrainy.