Żaden poważny rusofil nie zaprasza przecież Rosjan z Królewca do Sopotu. „Oby tak jak kiedyś Szwedzi odkryli Trójmiasto, tak teraz zrobili mieszkańcy Kaliningradu”. Nie będąc rusofobem, ani rusofilem, niektórych mieszkańców Kaliningradu - właśnie Kaliningradu, jak mówił lokalnej gazecie - zaprosił osobiście na Sopot Festival. Choćby mera Kaliningradu, Aleksandra Jaroszuka, szefa Jednej Rosji w tym mieście, Nikołaja Cukanowa, gubernatora Obwodu Kaliningradzkiego Federacji Rosyjskiej.
„To nasi bliscy sąsiedzi, mogą spędzić czas wolny w Sopocie”. Bo Sopot to miasto, które „zapewnia kaliningradzkim przedsiębiorcom dogodne platformy biznesowe, kurort oferujący wypoczynek w różnych kategoriach cenowych (...) a goście z Kaliningradu - nie z Królewca! - są zawsze mile widziani”.
Wybranych sąsiadów, urzędników administracji rosyjskiej, zapraszał przy okazji kongresu na obiad, który Sopot wystawiał. „To nasz stary, dobry znajomy” - mówił wtedy o Sopocie Władmir Kuzin, kierownik wydziału rozwoju gospodarczego Kaliningradu/Królewca.
Z ministrem spraw zagranicznych Kozyriewem grał Karnowski w Sopocie w tenisa i jadł w salce Sopockiego Klubu Tenisowego niewystawne śniadanie. Apetytu nie psuła obecność konsula Zychariowa i ambasadora Kaszlewa...
Nie będąc przecież rusofilem, co sąd na razie nieprawomocnie zauważył, biadał przy tym nad rusofobią rządu polskiego, który przymknął mały ruch graniczny: „Czy aby nie wpisujemy się w politykę Putina budowania muru między Rosją a Polską i resztą Europy”.
Sam muru nie budował, nie jest przecież rusofilem. Rok później, w lipcu 2017 roku pofatygował się Karnowski jachtem „Alf” na regaty trzech marszałków do gubernatora Kaliningradu/Królewca Antona Alikchnowa. Delegacja samorządowych żeglarzy zapewniała władze miejscowe pochodzenia putinowskiego o dobrosąsiedzkich stosunkach .Gubernator od Putina to potwierdzał, a na deser gospodarze zapewniali całą „gamę iście słowiańskich tradycji”. Zdjęcia poświadczają, że było w gościnie „ok”.
Było to już po tym epizodzie polityki gospodarczej PO-PSL, gdy premier Tusk miał zamiar sprzedać 53,19 proc. akcji grupy Lotos, uważając, że nie ma żadnego powodu, by wykluczać z operacji w sektorze energetycznym inwestorów z Rosji.
Ponieważ Karnowski nie był przecież rusofilem, perspektywę takiej transakcji zupełnie ignorował. Był to bowiem czas, w którym rząd Tuska i Sikorskiego czynnie, w tym również w Kaliningradzie, realizował politykę „resetu”, o której ostatnio bardziej przystępnie opowiada publiczności jeden z jej inżynierów, b.ambasador Jarosław Bratkieiwicz.
Protestując następnie przeciwko przejęciu Lotosu przez Orlen, Karnowski podkreślał, że chce „żyć w zgodzie z zasadami i systemem wartości i w pełnej gospodarczej łącznosci z UE, a nie z federacją rosyjską i jej satelitami”; mierziła prezydenta Karnowskiego perspektywa konszachtów gospodarczych Orlenu z Rosją, która nie mierziła, gdy rząd jego sąsiada z Sopotu do Rosji się programowo przymilał.
Tylko polityczny szachraj klasy Tuska może się w tej perystaltyce umysłu b. prezydenta Sopotu rozeznać. No i sąd w Sopocie, który jednak bystro zauważył, że minister rządu Tuska kiwał się z prawdą.
