Politycy obozu rządzącego, a w szczególności jej lewicowej części, nieustannie powtarzają, że obecny kryzys w stosunkach polsko-ukraińskich to radość dla Putina, który w tych wypowiedziach urasta niemal do rangi słowiańsko-lechickiego Arymana. Często słyszymy od nich również słowa o „strategicznym sojuszu polsko-ukraińskim”.

Zadajmy sobie jednak w tym miejscu jedno bardzo istotne pytanie: czy taki sojusz w ogóle istnieje? A jeśli istnieje, to na czym jest on zbudowany?

Każdemu nad Wisłą (i zapewne nie tylko tutaj) znane jest powiedzenie, że nic tak nie jednoczy, jak wspólny wróg. Czy aby na pewno tak jest? Relacje polsko-ukraińskie są żywym dowodem na to, że absolutnie nie. Oprócz bowiem tej samej percepcji zagrożeń, nie łączy nas nic. Na gruncie ekonomicznym dla przykładu ogromne zagrożenie dla polskich firm stanowią ukraińscy przedsiębiorcy przewozowi, niezwiązani rygorystycznymi przepisami unijnymi i jednocześnie bez ograniczeń korzystający z europejskiego rynku. To samo można by powiedzieć o rolnikach, a przykładów takich jest zapewne znacznie więcej.

Stosunki z Niemcami to również potencjalna kość niezgody, ponieważ Ukraińcy ewidentnie próbują dogadywać się z naszymi zachodnimi sąsiadami ponad naszymi głowami. Żywym tego dowodem niech będzie zmarginalizowana pozycja Polski w rozmowach o odbudowie Ukrainy. Na marginesie można dodać, że Niemcy to wybitni spece w dziedzinie ekspansji gospodarczej, co w ostatnich dekadach mieli okazję do woli ćwiczyć na Polsce.

Współpraca militarna – tutaj wydaje się, że powinno łączyć nas znacznie więcej. W końcu imperialna Rosja to nasz wspólny wróg i mało kto ma co do tego wątpliwości. Jak jednak ta współpraca się w istocie układa? Polska w pierwszym okresie wojny niemal całkowicie się rozbroiła, co w tamtym okresie było uzasadnione. Nikt bowiem nie wiedział, jak wojska rosyjskie poradzą sobie w pełnoskalowej wojnie, a perspektywa przejęcia przez Rosjan kontroli nad całą Ukrainą wywoływała w polskim społeczeństwie ogromne obawy o przyszłość.

Teraz jednak nie widać końca darowizn uzbrojenia na Ukrainę. Słowo „darowizny” nie jest użyte bezcelowo. Najpierw Polacy byli karmieni złudnymi obietnicami „odbudowy Ukrainy”. Ile było w tym prawdy – łatwo można zauważyć. Obecnie zaś Ukraińcy, w zamian za przekazywane im uzbrojenie, mają odwdzięczyć się podzieleniem się opracowanymi przez siebie technologiami dronowymi. To jednak po prostu nie nastąpiło, co z rozbrajającą szczerością przyznał Cezary Tomczyk z MON. Oddać mu należy, że poinformował także wówczas, że Polska wstrzymuje przekazanie na Ukrainę myśliwców MiG, które miały być częścią tej wymiany barterowej.

Polityka historyczna to zaś crème de la crème koziego rogu, w jaki brak asertywności zapędził stosunki polsko-ukraińskie. Nasza polityka historyczna na kierunku ukraińskim doprowadziła do zadziwiającego odwrócenia ról. Z jednej strony bowiem nie ma wątpliwości co do tego, że w tej wojnie to Rosja jest agresorem, a Ukraina się broni. Z drugiej zaś strony, dzięki buńczucznemu i eskalacyjnemu zachowaniu Zełenskiego i jego ludzi ciężko postrzegać Ukrainę wyłącznie jako „ofiarę”. Pomyślmy tylko: ofiara agresji honoruje jeden ze swoich oddziałów mianem ugrupowania stawiającego tę samą ofiarę w roli ludobójczego napastnika. I nie, po prostu nie jest prawdą, że w oczach Ukraińców UPA to siła odpowiedzialna za walkę z bolszewikami. Starczy powiedzieć, że liczba polskich ofiar cywilnych bestialsko zaszlachtowanych przez Ukraińców jest wielokrotnie wyższa od liczby bolszewickich żołnierzy zabitych przez UPA.

Czy ktoś w Polsce pamięta jeszcze o Buczy? O ataku rakietowym na dworzec w Kramatorsku? O oblężeniu i zrujnowaniu Mariupola? Czy ktokolwiek na Ukrainie dba o to, żeby świat o tych rzeczach nie zapomniał? Zamiast tego Zełenski i cała masa jego popleczników buduje swój mit na historii ugrupowania, które dokonywało analogicznych mordów na cywilach, tyle że w znacznie bardziej okrutny sposób?

Czy śmierć ukraińskich cywili i całkowita bezinteresowność okazanej im przez Polskę pomocy nie może być tak potrzebnym obecnie wspólnym mianownikiem stosunków polsko-ukraińskich? Bazą, na której – w oparciu tylko i wyłącznie o prawdę i wzajemny szacunek – można będzie stosunki te odbudować i – być może – uczynić z nich relację sojuszniczą w prawdziwym tego słowa znaczeniu?

W Polsce żyją wnuki i prawnuki bestialsko pomordowanych na Wołyniu Polaków. Na Ukrainie z kolei żyją dzieci ofiar Buczy, Kramatorska, Mariupola. Ukraińcy – z rąk Rosjan poginęły wasze matki i wasze ojcowie. Ktoś po stronie naszego wspólnego wroga mógłby przecież – stosując zasadę symetrii – powiedzieć, że ludzie ci zginęli w wyniku patriotycznej walki za Rosję. Rosyjscy „bohaterowie Buczy”, „bohaterowie Kramatorska”, „bohaterowie Mariupola” – czy to zasługująca na pochwałę perspektywa?

Rosyjskie społeczeństwo i rosyjskie władze nie mają wątpliwości, że walcząc na Ukrainie, ich żołnierze spełniają patriotyczny obowiązek. Biją się za Rosję, za Boga, za cerkiew, za cywilizację. Czy można zatem powiedzieć, że są to rosyjscy bohaterowie? Ponadto Rosja i Ukraina są w stanie wojny, a Polska i Ukraina to – przynajmniej na papierze – najbliżsi sojusznicy. „Bohaterowie UPA” na ukraińskich sztandarach to policzek jeszcze większy niż „bohaterowie Mariupola” bądź Buczy.

Ciężko mieć nadzieję, że tę prostą zależność dostrzeże Zełenski i jego ludzie. Ale mogą ją dostrzec sami Ukraińcy, naród ukraiński. Bez przyjaźni między narodami nie da się bowiem zbudować trwałych sojuszy między państwami. Warto nie stracić tego faktu z pola widzenia.

Tadeusz Grzesik