Dominikanin najpierw podzielił się osobistą historią.
„Jestem synem ziemi wołyńskiej. Urodziłem się w sierpniu 1942 r. we wsi Budy (gmina Werba, pow. Dubno). Polacy mieszkający w tej wsi zostali napadnięci 15 kwietnia 1943 r., a więc na trzy miesiące przed straszliwą ‘krwawą niedzielą’. Chutor moich rodziców był szczęśliwie dość oddalony od wsi i to nas ocaliło. Mianowicie przybiegła do nas przerażona, a rodzicom znana tylko z widzenia Ukrainka, wołając, żebyśmy uciekali, bo na wsi mordują Polaków”
– wspominał
Dalej odniósł się do problemu pojednania, przypominając, że to „możliwe jest tylko na gruncie prawdy”.
- „Można powiedzieć, że pojednanie stoi na dwóch filarach. Te filary to, po pierwsze, rozliczenie, czyli rzetelne poznanie i uznanie prawdy, i po drugie, przebaczenie. Jedno i drugie jest niezbędne, żeby pojednanie mogło się dokonywać. Jednak nieustannie trzeba uważać, żeby któryś z tych filarów nie zdominował tego drugiego”
- wyjaśnił.
Podkreślił, że „zło musi być rozliczone, ciałom niesprawiedliwie zamordowanych należy oddać szacunek i złożyć do grobów; cała prawda o dokonanych zbrodniach powinna być nazwana i uznana”.
Duchowny zastrzegł, że należy pamiętać, iż celem tego rozliczenia jest pojednanie, a nie pogłębianie wzajemniej wrogości.
- „Jednak niedobre byłoby również pojednanie budowane na udawaniu, że nie było tego zła, które przecież było, albo na udawaniu, że to zło wcale nie było takie wielkie. Takie pseudo-pojednanie to byłoby tylko jak plaster położony na ropiejącą ranę”
- stwierdził.
Zaznaczył, że nie można przy tym też zapominać o niesprawiedliwości, jakiej w przeszłości doświadczyli Ukraińcy ze strony Polaków.
