Jak czytamy, pytanie nie brzmi już „czy”, ale „kiedy” takie rozwiązanie stanie się konieczne. W obliczu rosnących zagrożeń bezpieczeństwa coraz większy nacisk kładzie się na uporządkowanie systemu mobilizacji i określenie, kto trafi do armii, a kto zasili inne kluczowe struktury państwa.
Z danych przywoływanych przez dziennik wynika, że w przypadku konfliktu pełnoskalowego aż czterech na sześciu żołnierzy stanowią rezerwiści. Obecnie Polska dysponuje około 216 tysiącami żołnierzy, co w systemie opartym wyłącznie na ochotnikach może okazać się niewystarczające w razie realnego zagrożenia ze strony Rosji.
Kluczowym problemem pozostaje nie wyłącznie liczebność, ale także organizacja systemu. W sytuacji kryzysowej konieczne jest zapewnienie ciągłości działania państwa – od szpitali po zakłady zbrojeniowe – co oznacza wyłączenie części specjalistów z poboru. Tymczasem, jak zauważa „Rzeczpospolita”, dochodzi do chaosu kompetencyjnego i rywalizacji między instytucjami. Wojsko i obrona cywilna często konkurują o te same osoby.
Dodatkowo system nie uwzględnia realnych kwalifikacji poborowych, przez co ich umiejętności bywają marnowane. Generał Mirosław Bryś z BBN wskazuje na brak wspólnej bazy danych oraz aktualnych informacji o rezerwistach. Obecne rejestry są nie tylko tajne, ale też niekompletne. Szansą na poprawę ma być nowelizacja ustawy o ochronie ludności, która zakłada lepszą współpracę między resortami i stworzenie spójnego systemu ewidencji.
