Minister rodziny, pracy i polityki społecznej Agnieszka Dziemianowicz-Bąk próbowała w Polsat News tonować nastroje. „Mamy wciąż jeden z najniższych poziomów bezrobocia w Unii Europejskiej, co nas cieszy, ale to nie znaczy, że wszystko jest wspaniale” – powiedziała. To zdanie brzmi jak polityczna asekuracja: rząd chce pokazać, że panuje nad sytuacją, ale jednocześnie sam przyznaje, że problem istnieje.

Jeszcze bardziej znamienne były kolejne słowa minister. „Nie zasypiamy spokojnie, natomiast nie ma powodów do paniki” – mówiła. Tyle że obywatele nie oczekują od rządu zapewnień o braku paniki, tylko konkretnych działań: stabilnych miejsc pracy, ochrony przedsiębiorców, wsparcia dla młodych i odpowiedzi na skutki automatyzacji oraz sztucznej inteligencji.

Dziemianowicz-Bąk wskazywała, że „prawda jest oczywiście złożona” i że część danych wynika ze zmian w zasadach rejestrowania bezrobotnych. To wygodna narracja, ale nie rozwiązuje problemu. Jeżeli po kilkunastu miesiącach rządzenia gabinet Tuska tłumaczy wzrost bezrobocia głównie „złożonością” sytuacji, to znaczy, że nie ma prostego i przekonującego planu albo w ogóle nie ma planu.

Sama minister przyznała także, że „rozwój nowych technologii, w tym sztucznej inteligencji, ma wpływ na rynek pracy”. To prawda, ale właśnie dlatego rząd powinien już dziś przedstawiać program ochrony młodych pracowników, przekwalifikowania i realnego wsparcia dla firm. Tymczasem w debacie publicznej więcej słychać politycznej retoryki niż jakichkolwiek konkretów.

Najbardziej niepokojące jest to, że wzrost bezrobocia pojawia się równolegle z innymi sygnałami słabości państwa: problemami w ochronie zdrowia, napięciami wokół finansów publicznych i coraz większą niepewnością przedsiębiorców. Rząd Tuska może powtarzać, że „nie ma powodów do paniki”, ale liczby pokazują, że powodów do ostrej kontroli jego polityki gospodarczej jest coraz więcej.

Zenon Witkowski