Kształt porozumienia może szokować tych, którzy przekonani byli, że zwycięstwo USA w tej wojnie jest nieuniknione. Stany Zjednoczone zużyły ogromne ilości cennej amunicji – pocisków obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej, pocisków manewrujących, rakiet balistycznych i bomb szybujących. Wojna mocno uszczupliła stany amerykańskich magazynów tych podstawowych dla projekcji siły zasobów.

Armia i lotnictwo USA, razem z siłami Izraela, zlikwidowały w zasadzie najwyższe kierownictwo Iranu, zrujnowały jego przemysł zbrojeniowy i zniszczyły do połowy zapasy rakiet i dronów. I to, koniec końców, nie powaliło na kolana irańskiego reżimu. Był on w stanie kontynuować walkę, zadawać bolesne ciosy państwom Zatoki Perskiej i zablokować cieśninę Ormuz, co przełożyło się na globalny kryzys energetyczny.

Decentralizacja i rozproszenie, stosowanie masowo produkowanych, łatwych do odpalania z dowolnej drogi dronów typu Shahed – to jest podstawa irańskiej strategii wojny asymetrycznej, której efektem było faktyczne zwycięstwo Iranu w wojnie z o wiele silniejszym przeciwnikiem. A właśnie w ten sposób należy traktować to porozumienie. Bo zasadniczo Stany Zjednoczone drogą wojenną nie były w stanie osiągnąć swoich podstawowych celów, podczas gdy Iran swoje pozycje nie tylko ochronił, ale i poprawił je w wyniku podpisanego porozumienia.

Mało tego, kontynuacja intensywnego konfliktu groziła samym USA katastrofą. Iran wciąż posiadał wystarczający potencjał, by eskalować sytuację i zniszczyć gospodarkę państw Zatoki. To zniszczyłoby w pełni pozycję USA w regionie. Był w stanie również skutecznie blokować Ormuz i dlatego, wbrew poniesionym stratom, Iran wcale nie spieszył się z zakończeniem konfliktu, stawiając warunki, które dla Stanów Zjednoczonych bardziej wyglądały jak kapitulacja.

Dopiero zmiana podejścia, zaprzestanie aktywnych uderzeń na Iran i własna kontrblokada z czasem pozwoliły Stanom Zjednoczonym przynajmniej podpisać porozumienie przywracające w zasadzie status quo w regionie. Iran nie wymaga już opuszczenia przez USA wszystkich baz w regionie, a status cieśniny ma zostać wyznaczony w trakcie negocjacji wraz z państwami Zatoki i leżącym nad cieśniną Omanem.

Ale w zamian za to status quo USA płacą zniesieniem sankcji, zwróceniem Iranowi zablokowanych środków finansowych i utworzeniem specjalnego funduszu o wartości 300 miliardów dolarów na odbudowę Iranu. Iran z kolei zobowiązuje się do „nierozwijania programu nuklearnego”, co ma kontrolować Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej. Czyli jest to zasadniczo powrót do sytuacji sprzed wojny.

Dlaczego USA zgodziły się na tak korzystne dla Iranu warunki porozumienia? W sytuacji, kiedy kontynuacja działań zbrojnych nie daje żadnych szans na sukces, USA próbują zamiast kija użyć marchewki. Jeżeli nie da się zniszczyć irańskiego reżimu, można spróbować się z nim dogadać, wypuszczając irańską ropę na rynki międzynarodowe i znosząc sankcje.

Z drugiej strony USA próbują robić to z pozycji siły, pokazując swoją kontrblokadą, że to od nich zależy, czy Iran będzie sprzedawał swoją ropę, czy nie. W ramach tej logiki w następnych miesiącach możemy zobaczyć próby dalszej normalizacji stosunków USA z Iranem na amerykańskich warunkach.

Istnieje jednak pewne państwo, które w sposób nieunikniony padnie ofiarą tego typu polityki. I jest nim... Izrael.

Od początku konfliktu amerykańsko-irańskiego trwają dyskusje odnośnie tego, na ile ta wojna była wynikiem decyzji, która zapadła w Białym Domu, a na ile USA zostały faktycznie przymuszone do wejścia w konflikt przez Izrael. Z jednej strony konflikt ten był w jakimś sensie nieunikniony, z drugiej strony niekoniecznie musiał on wybuchnąć w tym konkretnym momencie i być może czas, miejsce i kształt konfliktu wybrał zamiast USA właśnie Izrael.

Natomiast bardzo szybko ujawniła się różnica interesów USA i Izraela. Jak tylko okazało się, że szybkie zwycięstwo z obaleniem reżimu nie jest możliwe i pojawiła się perspektywa długotrwałego, ciężkiego konfliktu z zaangażowaniem sił lądowych, USA zaczęły szukać drogi wyjścia z konfliktu, by uniknąć długotrwałej wojny.

Dla Izraela zaś długotrwała wojna była o wiele lepszym scenariuszem niż jej zakończenie z reżimem, który przetrwał, a co za tym idzie – wzmocnił swoją władzę wewnątrz Iranu i przekonał się, że tylko militarne odstraszanie jest gwarancją jego istnienia.

Dlatego Izrael systematycznie starał się podnosić stopień eskalacji, nie dając USA możliwości wycofania się z konfliktu. Za każdym razem, gdy pojawiała się szansa na porozumienie, Izrael próbował natychmiast ją storpedować. A to z kolei powodowało rosnącą frustrację w Waszyngtonie, co prowadzi nas do obecnej sytuacji, w której Stany Zjednoczone podpisują porozumienie bez udziału i bez uwzględnienia interesów Izraela, a ten ostatni ze swojej strony deklaruje, że nie zamierza porozumienia respektować i będzie kontynuował wojnę z Iranem i jego proksi w regionie samodzielnie.

Izrael ma wciąż nadzieję na storpedowanie porozumienia poprzez eskalację konfliktu w Libanie, który z kolei jest częścią porozumienia USA–Iran. Teheran z kolei może wcale nie traktować tego typu sytuacji jako powodu do zerwania całkiem korzystnego dla siebie porozumienia z USA. Zamiast tego może spokojnie poczekać, aż sojusznicy pokłócą się między sobą i Waszyngton pozostawi Izrael sam na sam z Iranem.

Iran w tej sytuacji nic nie musi robić, różnica interesów Izraela i USA sama rozsadza to partnerstwo od środka.

Wreszcie, mimo obecności potężnego izraelskiego lobby w Waszyngtonie, obecna sytuacja może mocno wpłynąć na osłabienie proizraelskich nastrojów w USA. Nic tak nie podburza opinii publicznej, jak przegrana wojna, w którą twoje własne państwo zostało wciągnięte przez innego gracza. I to nie są moje słowa – w ten sposób sytuację ocenia bardzo wielu analityków w Waszyngtonie.

To z kolei może mieć ogromne konsekwencje dla całego regionu. Wizerunek Izraela został mocno nadszarpnięty na Zachodzie i w krajach Zatoki z powodu okrutnej rozprawy nad Strefą Gazy w ramach walki Izraela z Hamasem, co izoluje to państwo w regionie i utrudnia mu ułożenie stosunków z sąsiadami.

Z kolei ostra zagrywka z wymuszeniem na Stanach Zjednoczonych przedłużania wojny może doprowadzić do kryzysu w stosunkach z głównym patronem i sojusznikiem państwa żydowskiego.

Wszystko to razem prowadzi Izrael do strategicznej porażki w tej wielkiej wojnie. Im więcej to państwo próbuje konflikt rozszerzać, im bardziej ta walka jest bezkompromisowa i im więcej wrogów Izrael pokonuje, tym gorsze i bardziej niebezpieczne staje się jego położenie.

Mikołaj Susujew