Minister oznajmiła bowiem w telewizji, że prezydent „może wybierać sobie skarpetki, które założy rano”, ale „na pewno nie sędziów Trybunału Konstytucyjnego”. Brzmiało to trochę tak, jakby Konstytucję RP zastąpiono poradnikiem stylistycznym dla polityków. Trzeba przyznać, że to świeże podejście do ustroju państwa.

Co jednak miała naprawdę na myśli obecna minister klimatu?

Komentatorzy szybko zauważyli, że ironiczne uwagi pod adresem urzędu prezydenta mogą świadczyć nie tylko o politycznych emocjach, ale także o lekceważeniu powagi instytucji państwowych. Zwłaszcza gdy wypowiada je członek rządu, który równocześnie deklaruje przywracanie standardów debaty publicznej.

W internecie natychmiast pojawiły się pytania, czy kolejnym etapem reformy państwa będzie może „ustawa o kolorystyce krawatów konstytucyjnych” albo „rozporządzenie o długości sznurówek zgodnej z praworządnością europejską”, a może kolejna dyskusja o polskiej krzywiźnie banana. Nie zabrakło też komentarzy, że jeśli minister zaczyna debatę o ustroju od skarpetek, to trudno się dziwić, że obywatele coraz częściej mają wrażenie politycznego kabaretu i oderwania od realnej rzeczywistości polityków w rządzie Donalda Tuska.

Cała sytuacja pokazuje również szerszy problem obecnej klasy politycznej koalicji rządzącej – coraz częściej zamiast rzeczowej argumentacji pojawiają się złośliwości, medialne bon moty i wypowiedzi obliczone bardziej na viral w mediach społecznościowych niż na poważną debatę konstytucyjną.

Bo nawet jeśli polityczny spór o Trybunał Konstytucyjny trwa od lat, to jednak od członków rządu można oczekiwać czegoś więcej niż „konstytucyjnej” analizy inspirowanej działem galanterii męskiej.