Było to zwieńczenie procesu oddalania się Lecha Wałęsy od środowiska lewicy laickiej na czele z Bronisławem Geremkiem, które w dużej mierze zdominowało działanie ruchu komitetów obywatelskich przy przewodniczącym NSZZ „Solidarność” Lechu Wałęsie. Komitet Obywatelski powstał pod koniec 1988 roku i miał być polityczną reprezentacją „Solidarności” jako związku zawodowego. Szybko jednak zaczął się oddalać od odtwarzającego się związku zawodowego „Solidarność” i w coraz większym stopniu podlegać takim postaciom jak Bronisław Geremek, Andrzej Wielowieyski, Jacek Kuroń, Adam Michnik czy Jan Lityński. Pierwsze kontrowersje wokół zdominowania KO „S” przez solidarnościową lewicę pojawiły się w maju 1989 roku, kiedy to tacy politycy jak Tadeusz Mazowiecki, Aleksander Hall, Jan Olszewski czy Wiesław Chrzanowski odmówili startowania z list „Solidarności” w wyborach kontraktowych w 1989 roku, protestując przeciwko brakowi pluralizmu politycznego na listach „Solidarności”. Protest ten wzmocnił się po powstaniu rządu Tadeusza Mazowieckiego, który uznał, że ruch komitetów obywatelskich musi skupić się na wspieraniu rządu.

W myśl tej ideologii zniechęcano ludzi „Solidarności” do tworzenia partii politycznych pod hasłem: „Jeszcze za wcześnie, aby się dzielić”. Problem w tym, że w Komitetach Obywatelskich dominowali ludzie zorientowani na środowisko Geremka i wspierającego go propagandowo Adama Michnika, który wydawał już potężny wtedy dziennik „Gazetę Wyborczą”. Ale miał wtedy miejsce jeszcze inny proces. Po utworzeniu rządu Mazowieckiego nowy premier oczekiwał, że Wałęsa przesunie się na dalszy plan i skupi się na trzymaniu parasola pokoju społecznego nad nowym gabinetem, który zaczął już podejmować dość drastyczne kroki terapii szokowej Balcerowicza. Wałęsa zaczął czuć, że znalazł się na bocznym torze, i zaczął zastanawiać się, jak odbudowywać swoją pozycję. Idąc tym tropem myślenia, doszedł do wniosku, że sekretarz Komitetu Obywatelskiego Henryk Wujec stał się bardziej człowiekiem zaufania Bronisława Geremka niż jego.

Pierwszym krokiem do odzyskiwania pola było w wykonaniu Wałęsy wyznaczenie na przewodniczącego komitetów Zdzisława Najdera, polityka, który był wówczas stosunkowo odległy od lewicy solidarnościowej i po powrocie do kraju z wieloletniej emigracji szukał dla siebie miejsca politycznego. Już powołanie Najdera na szefa KO „S” wywołało furię na łamach „Gazety Wyborczej”. Wałęsa zaczął być oskarżany o rozbijanie jedności ruchu solidarnościowego. Ci, którzy widzieli w Wałęsie element rozbijania monopolu lewicy solidarnościowej, wsparli Wałęsę, bojąc się, że zostaną trwale zmarginalizowani. Tak było z braćmi Kaczyńskimi, z których jeden – Jarosław – otrzymał od Wałęsy parę miesięcy wcześniej szefostwo nad tygodnikiem „Solidarność”, z którego to pisma utworzył ciekawy organ wzywający do pluralizacji ruchu solidarnościowego.

Kolejnym etapem walki Wałęsy o odzyskanie wpływu na komitety było odwołanie Wujca. Pierwszy list, który skierował do ówczesnego sekretarza KO „S”, był napisany stosunkowo kurtuazyjnie. Wałęsa pisał:

„Henryku, jesteśmy po wyborach, a więc dobry to czas, by dokonać niezbędnych organizacyjnych zmian w komitecie (...) Nie może on być ani zapleczem rządu, ani obywatelskiego klubu parlamentarnego. Ten punkt widzenia skłonił mnie do podjęcia bolesnej dla mnie decyzji odwołania ciebie ze stanowiska sekretarza. Przychodzi mi to tym trudniej, że mam świadomość ogromu pracy wykonanej przez ciebie, solidnej pracy. Ufam, że jako polityk zrozumiesz moje motywacje i konieczność tej decyzji (...) Jeszcze raz dziękuję ci za bezinteresowny trud i życzę powodzenia w dalszej niezłomnej pracy na rzecz Polski”.

Wujec nie przyjął w sposób pokorny decyzji Wałęsy. Postanowił przypomnieć Wałęsie, że nie ma on prawa do samodzielnego decydowania o odwołaniach.

Pisał: „Drogi Lechu! Dziękuję ci bardzo za życzenia. Widzisz, w swym zapracowaniu zapomniałeś pewnie, że na funkcję sekretarza KO przy przewodniczącym NSZZ „Solidarność” zostałem powołany w drodze wyboru przez Komitet Obywatelski i komitet może mnie z tej funkcji odwołać. Oczywiście jestem gotów zdać wszystkie swoje obowiązki z chwilą odwołania mnie przez Komitet Obywatelski”.

Wujec, pisząc te słowa, miał świadomość, jak bardzo zmienił się w ciągu dwóch lat ruch Komitetów Obywatelskich. Gdy Wałęsa powoływał Wujca na sekretarza w 1988 roku, jego relacje z lewicą solidarnościową były kwitnące. Ale minęły dwa lata i tacy politycy jak Jacek Kuroń czy wciąż pozostający w polityce Adam Michnik planowali już stworzyć na bazie komitetów coś, co roboczo nazywano „PPS-em”, czyli Polską Partią Solidarności. Postopozycyjni politycy prawicy widzieli w tym wizję postsolidarnościowej monopartii. W tej wizji na czoło miał wysunąć się premier Tadeusz Mazowiecki, jego zapleczem parlamentarnym miał być Klub OKP kierowany przez Bronisława Geremka, a organem tej nowej partii miała być „Gazeta Wyborcza”.

W całej tej układance rzucało się w oczy to, że nie ma specjalnego miejsca dla Lecha Wałęsy, który bynajmniej nie wyrzekł się ambicji politycznych. I wtedy pojawiła się koncepcja wysadzenia z siodła uzgodnionego przy Okrągłym Stole prezydenta Wojciecha Jaruzelskiego i zastąpienia go Wałęsą. Ale aby przeprowadzić kampanię prowałęsowską, trzeba było odebrać z rąk lewicy laickiej komitety obywatelskie „Solidarności”.

Dlatego Wałęsa zareagował na odpowiedź Wujca w sposób bardzo zdecydowany. Pismo zaadresowane było już nie do Henryka, lecz nosiło nagłówek: „Do posła Henryka Wujca”. List zawierał tylko trzy lodowate słowa: „Czuj się odwołany”.

Wujec zareagował na to 5 czerwca publicznym oświadczeniem.

(...) „Po pierwsze, nie zamierzam spierać się z Lechem Wałęsą na temat trafności podjętej przez niego decyzji. Nie zamierzam zatem twierdzić, że tego, co robiłem i robię, nie sposób robić lepiej. Po drugie, zaskoczony jestem trybem podjęcia decyzji. Nie mógł być on przewidziany regulaminem KO, ponieważ sam Lech Wałęsa ubolewa nad brakiem takowego. W tej sytuacji naturalne było zatem pozostawienie tej ważnej (myślę, nie tylko dla mnie) decyzji (...) tym, którzy na funkcję sekretarza powołali mnie w drodze wyboru. (...) Po trzecie, jest mi po ludzku przykro, że Lech Wałęsa, którego znam od ponad 12 lat, z którym współpracowałem w złych i dobrych godzinach (...) nie mógł znaleźć czasu na rozmowę ze mną, komunikując mi swoją decyzję za pośrednictwem faksu”.

„Gazeta Wyborcza” bardzo szybko podjęła kampanię krytyki za odwołanie Wujca. Ironizowano, że sposób odwołania sekretarza KO „S” „mógłby być na miejscu jedynie w monarchii i to tylko absolutnej”. „Wyborcza” starannie pomijała fakt, że póki Wałęsa był w ścisłym sojuszu z lewicą solidarnościową w latach 1983–1990, ani Bronisławowi Geremkowi, ani Adamowi Michnikowi nie wadził quasi-monarszy styl Wałęsy w kierowaniu ruchem „Solidarności”.

Teraz jednak drogi Wałęsy i lewicy laickiej zaczęły się rozchodzić. Bronisław Geremek zrozumiał, że nie będzie w stanie utrzymać dominującej kontroli nad ruchem komitetów. W rezultacie 16 lipca 1990 roku obóz Geremka powołał Ruch Obywatelski Akcja Demokratyczna (ROAD).

Formalnie inicjatywę powołania tego zaczątku partii politycznej podjęli dwaj byli działacze robotniczej „Solidarności” – Zbigniew Bujak i Władysław Frasyniuk, ale było jasne, że frontmanami ROAD są tacy politycy jak Adam Michnik, Jan Lityński, Jacek Kuroń, Bronisław Geremek czy właśnie odwołany wcześniej sekretarz KO „S” Henryk Wujec.

Po prawej stronie istniały już dwie wyraziste partie: „Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe” i „Porozumienie Centrum” Jarosława Kaczyńskiego. ROAD poprze kandydaturę Tadeusza Mazowieckiego na prezydenta, a ZChN i „Porozumienie Centrum” wezwą Lecha Wałęsę do ubiegania się o prezydenturę.

Podział ruchu solidarnościowego, ukrywany przez pewien czas, stał się faktem.

Piotr Semka