W czasie środowego posiedzenia Rada Ministrów zajęła się projektem ustawy o zabezpieczeniu socjalnym osób wykonujących zawód artysty. Zakłada on włączenie artystów do systemu zabezpieczenia społecznego i dopłaty do składek ZUS dla twórców. Szef rządu stwierdził w czasie posiedzenia, że „ci najwięksi, najsławniejsi artyści przez całe stulecia, pamiętacie, znacie te historie, bardzo często długie lata cierpieli po prostu biedę”.
- „Nie zawsze się orientowano, że są utalentowani. I mówiąc tak zupełnie serio, miało to swoje bardzo przykre konsekwencje, np. do dzisiaj niektóre z tych młodych artystek nie mogą korzystać choćby z urlopu macierzyńskiego”
- powiedział Donald Tusk.
Problem w tym, że niekoniecznie chodzi o najbiedniejszych. Red. Krzysztof Stanowski z Kanału Zero zwrócił uwagę, że pierwotnie dopłaty miały „dotyczyć artystów którzy rocznie zarobili 125% minimalnego miesięcznego wynagrodzenia (strony rządowe), a teraz dotyczą już artystów, którzy zarobili rocznie 125% dwunastokrotności minimalnego miesięcznego wynagrodzenia (projekt ustawy)”. Tak więc, jak zauważył, „osoby zarabiające minimalną krajową mają zrzucać się na artystów, którzy zarabiają więcej niż minimalna krajowa”.
Tymczasem na bardziej polityczny aspekt projektu uwagę zwraca na łamach portalu Tysol.pl red. Samuel Pereira.
- „Kuriozalny pomysł narodowej zrzutki na artystów, zamiast racjonalnej koncepcji, by oni sami płacili składki na siebie, to nie jest ot głupi ruch rządu, ale specjalna zagrywka. Jej celem jest doprowadzenie do sytuacji, gdzie prezydent nie podpisze absurdalnej ustawy, a koalicja rządząca wykorzysta to, by zniechęcić do prawicy tysiące ludzi, mających realny wpływ na swoje lokalne społeczności”
- ocenia publicysta.
W jaki sposób cała sprawa może zostać wykorzystana przez obóz Donalda Tuska w zbliżającej się kampanii przed wyborami parlamentarnymi?
- „Mechanizm jest prosty. Najpierw wrzuca się do debaty publicznej projekt skrajnie kontrowersyjny, pełen absurdów i niejasności. Potem uruchamia się celebrytów, aktorów i artystów związanych z obozem władzy, którzy zaczynają opowiadać o biedzie, wykluczeniu i braku szacunku dla kultury. A na końcu prezydent ma zostać postawiony pod ścianą: albo podpisze fatalną ustawę, albo zostanie przedstawiony jako wróg ludzi kultury”
- wyjaśnia Pereira.
W jego przekonaniu mamy do czynienia z „polityczną miną podłożoną pod nowego prezydenta”.
- „Jeśli Karol Nawrocki ustawę zawetuje — ruszy kampania o antykulturalnej prawicy. Jeśli podpisze — obciąży siebie kosztami wyjątkowo niepopularnego projektu”
- wskazuje.
