Jak zauważa Włodzimierz Gójski, „cała ta misternie dziergana opowieść pochodząca od polityków niemieckich i szefostwa ich przemysłu samochodowego bierze w łeb”. Powód jest prosty: Chiny. To właśnie tam powstaje dziś ok. 80 proc. światowej produkcji samochodów elektrycznych oraz zdecydowana większość baterii trakcyjnych. Co więcej, ogromna część tej produkcji trafia już teraz na rynki państw Mercosur – zarówno w wersji elektrycznej, jak i spalinowej.

Różnice cenowe są miażdżące. Europejski samochód o porównywalnym standardzie kosztuje na rynku Ameryki Południowej równowartość ok. 300 tys. zł, podczas gdy chiński odpowiednik – 75–80 tys. zł. „Jakie szanse skutecznej sprzedaży ma produkt trzykrotnie droższy – nie trzeba przekonywać” – pisze Gójski, dodając, że efekt „fetyszu marki” dotyczyć może co najwyżej wąskiej grupy zamożnych koneserów.

To jednak nie koniec konsekwencji. Rykoszetem ma to uderzyć także w kraje UE, w tym w Polskę. W zamian za iluzoryczne korzyści przemysłu motoryzacyjnego Europa otwiera się na import taniej żywności z Mercosuru, co będzie obniżać popyt na produkty własnych rolników. „Efekt Zabłockiego i jego zarobku na mydle ukazał się i tu w całej okazałości” – ocenia Gójski.

W jego analizie kluczowy jest jeszcze jeden wniosek: źródło europejskiej drożyzny. „Trzykrotna różnica cen nie wzięła się z powietrza” – pisze, wskazując na gąszcz norm, zielonych podatków, ceł i regulacji, które – zdaniem krytyków – uczyniły produkty UE niekonkurencyjnymi globalnie. To pierwszy akt dramatu, który może objąć całe branże europejskiej gospodarki.

Mercosur, zamiast geopolitycznego triumfu, coraz wyraźniej wygląda więc na test realnej siły europejskiego przemysłu. Test, który – w starciu z Chinami – Niemcy i Unia Europejska mogą przegrać szybciej, niż zdążą opróżnić lampki szampana wznoszone z okazji podpisywania umowy.