Był czwartek. W charakterystycznym, przeszklonym budynku u zbiegu ulic Marszałkowskiej i Alej Jerozolimskich kończyła się pierwsza zmiana. W środku znajdowało się około 170 pracowników oraz blisko 300 klientów.
Nagle rozległ się ogłuszający huk. Świadkowie wspominali później, że budynek „napuchł jak bańka mydlana”, po czym eksplodował z ogromną siłą. Szklano-stalowa konstrukcja – jeden z symboli odbudowanej po wojnie Warszawy – została dosłownie rozerwana.
Górne kondygnacje zapadły się do podziemi, gdzie mieściło się archiwum banku. W miejscu hali kas powstał głęboki lej. Odłamki szkła i elementy konstrukcji zasypały okoliczne ulice oraz uszkodziły pobliskie budynki. Jak później oszacowano, obiekt został zniszczony w około 70 procentach.
– „To przypominało wysypisko śmieci, było dużo gruzów i papierów. Zauważyłem rękę, ktoś krzyczał i wołał pomocy” – relacjonował świadek cytowany przez Polskie Radio.
Pierwsi na pomoc ruszyli przechodnie. W krótkim czasie na miejsce dotarły straż pożarna, milicja i pogotowie. Rannych przewożono do warszawskich szpitali, a do punktów krwiodawstwa ustawiły się długie kolejki mieszkańców, którzy chcieli oddać krew dla poszkodowanych.
Oficjalny bilans mówi o 49 ofiarach śmiertelnych i 77 rannych. Wielu historyków i świadków tamtych wydarzeń uważa jednak, że liczba poszkodowanych mogła być wyższa. Ostatnią żywą osobę wydobyto z ruin po trzech godzinach od wybuchu, ale przeszukiwanie gruzowiska trwało aż sześć dni.
W cieniu tragedii pojawiły się także mroczne epizody – jak wspominał w rozmowie z Polskim Radiem prof. Antoni Dudek (a wcześniej w 30. rocznicę także prof. Jerzy Eisler), zdarzały się przypadki kradzieży biżuterii i pieniędzy z miejsca katastrofy.
Jeszcze następnego dnia I sekretarz KC PZPR Edward Gierek zwołał naradę najwyższych władz. Powołano specjalną komisję podległą MSWiA i Prokuraturze Generalnej. W jej skład weszli eksperci z zakresu chemii, materiałoznawstwa, budownictwa, ratownictwa górniczego i medycyny sądowej.
Komisja ustaliła, że przyczyną tragedii był wybuch gazu. Z powodu awarii zaworu w podziemnej instalacji gaz przedostał się do kanałów technicznych i piwnic budynku. Zima 1979 roku – tzw. „zima stulecia” – sprawiła, że śnieg i mróz utrudniły jego ulatnianie się. Co więcej, substancja zapachowa dodawana do gazu skropliła się w niskiej temperaturze, przez co charakterystyczny zapach nie ostrzegł ludzi przed zagrożeniem. Iskra z instalacji elektrycznej mogła doprowadzić do eksplozji.
Mimo oficjalnych ustaleń wielu warszawiaków nie ufało władzy komunistycznej. W społeczeństwie krążyły plotki o rzekomym zamachu, o próbie ukrycia finansowych nadużyć czy o większej liczbie ofiar.
Rotundę odbudowano bardzo szybko – już pod koniec października 1979 roku ponownie otwarto ją dla klientów. Przez kolejne dekady budynek pozostawał jednym z najbardziej rozpoznawalnych punktów w centrum stolicy.
W 2019 roku stara konstrukcja została rozebrana, a na jej miejscu powstał nowy obiekt – nowoczesna Rotunda PKO, nawiązująca formą do pierwowzoru, ale spełniająca współczesne normy bezpieczeństwa.
Dziś, po 47 latach, tragedia z 15 lutego 1979 roku pozostaje jednym z najbardziej bolesnych wspomnień w historii Warszawy. To nie tylko opowieść o katastrofie technicznej, lecz także o solidarności mieszkańców i cieniu nieufności, jaki towarzyszył rzeczywistości PRL.
