Nie wchodząc w rozważania, która z tych kandydatur jest lepsza, lub która ma większe szanse na pociągnięcie PiS w sondażach w górę wrócę do tezy, którą sygnalizowałem już w wielu felietonach na temat aktualnej sytuacji PiS. 

Co z tego, że choćby Szefernaker, Nadbereżny czy jeszcze ktoś inny otrzyma prezesowską nominację jeśli przyjdzie mu pełnić swoją rolę w partii podzielonej na niezwykle wrogie wobec siebie frakcje?

Już w wypadku kampanii Karola Nawrockiego byliśmy świadkami sytuacji gdy część partii obojętnie przyglądała się wysiłkom historyka z Gdańska. Do dziś trudno zapomnieć o plotkach, o próbie swoistego zamachu stanu, gdy jedna z frakcji nie zgadzała się na temat strategii kampanii. 

To że Nawrocki wygrał było efektem jego niezwykłego talentu i zimnej krwi. Czy podobną zdolność przetrwania wykaże kandydat którego wskaże jutro prezes? Model samej partii od tego się nie zmieni, a sytuacja ugrupowania w której prezes skupia w swoich rękach wszystkie decyzje jest formułą mało efektywną. Kiedyś ta nieefektywność była równoważona tym, że partia wytrzymywała różne przeciążenia zewnętrzne ale nie dzieliła się. Teraz gdy Kaczyński słabnie nie jest w stanie wyegzekwować podobnej dyscypliny, za to wychodzą na jaw coraz większe niedogodności ręcznego sterowania przez lidera, którego ograniczają konsekwencje jego metryki. 

Kaczyński chce doprowadzić do wyciągnięcia swojej partii w górę w najbliższych wyborach. Ale już dzisiaj dowódca pisowskiej armii z ulicy Nowogrodzkiej musi odpowiedzieć sobie na pytanie: jak skłonić liderów frakcji do jakiejkolwiek kooperacji?

Bo to, że pozwalają sobie na tak wysoki poziom wzajemnej niechęci jest efektem poczucia, że mogą hasać, bo zawsze wszystko w końcu ureguluje wielki prezes. Morawiecki. Czarnek, Jaki i Błaszczak nie umieją porozumieć się samemu przy jednym stole. 

I tego problemu nie zlikwiduje nawet najwspanialsza kandydatura na premiera, której ogłoszenie usłyszymy jutro  w krakowskiej hali „Sokoła”. Tej samej w której półtora roku temu ogłoszono, że Karol Nawrocki będzie kandydatem prezydenckim PiS.

Ile razy może zdarzać się cud?