Efekt widać gołym okiem przy polskich stacjach benzynowych w strefie przygranicznej. Na stacji Carrefour w Zgorzelcu przy niemal każdym dystrybutorze stało auto z niemiecką rejestracją. Długie kolejki tworzyły się też w lubuskim Żytowaniu. Regionalne gazety – saksońska „Saechsische Zeitung", „Nordkurier" z Pomorza Przedniego i „Maerkische Oderzeitung" ze wschodniej Brandenburgii – zgodnie odnotowują wyraźny wzrost zainteresowania tankowaniem po polskiej stronie granicy.
Skąd ta różnica w cenach? W Niemczech kluczową rolę odgrywa rosnąca opłata za emisję CO₂, która w tym roku sięga już 65 euro za tonę. W Polsce ceny paliw zależą przede wszystkim od podatku energetycznego i VAT-u, a wpływ podatku węglowego jest znacznie mniejszy. Ta sytuacja może się jednak zmienić – od 2027/28 roku planowane jest wprowadzenie jednolitej opłaty CO₂ w całej Unii Europejskiej.
Niemiecki rząd nie zamierza na razie ulżyć kierowcom. Minister gospodarki Katherina Reiche wprost powiedziała, że żadna ulga paliwowa nie jest planowana. Sceptyczna jest też ekonomistka Monika Schnitzer, która przypomina, że podobna obniżka z 2022 roku była błędem – kosztowała państwo fortunę, nie zmieniając niczyjego zachowania. Jej zdaniem lepiej pozwolić rynkowi działać i pilnować, by koncerny naftowe nie wykorzystywały kryzysu do windowania cen ponad uzasadniony poziom. Zarówno Niemcy, jak i Polska importują ropę z wielu krajów, więc niedoborów nie ma – problem leży wyłącznie po stronie cenowej.
