Mullally odwiedziła Kaplicę Klementyńską (Clementina) w krypcie Bazyliki św. Piotra. W sieci opublikowano zdjęcie, na którym Mullally wykonuje gest błogosławienia. Obok niej stoi katolicki hierarcha, który pochyla głowę i wykonuje znak krzyża, sygnalizując, że przyjmuje udzielane przez Mullally błogosławieństwo.
Kaplica Klementyńska jest zlokalizowana tuż obok grobu św. Piotra. Można zatem powiedzieć, że Mullally udzielała błogosławieństwa niemal w samym centrum Kościoła katolickiego.
Problemy, jakie się z tym wiążą, są oczywiste.
Po pierwsze, Kościół katolicki nie uznaje ważności święceń u anglikanów. Taką nieważność stwierdził już papież Leon XIII w liście apostolskim „Apostolicae curae” z 1896 roku. Od tej pory nic się nie zmieniło. Kościół docenia posługę części anglikanów i ułatwia im przechodzenie na katolicyzm, zwłaszcza od czasów Benedykta XVI. Anglikańscy duchowni mogą zostać księżmi w Kościele, zachowując żony, jeżeli je posiadali. Nie ma tu jednak automatycznego uznania ich ordynacji: muszą przyjąć katolicki sakrament. Z perspektywy ścisłej teologii, żaden anglikański duchowny - czy to zwykły ksiądz, czy biskup - nie jest kapłanem w znaczeniu sakramentalnym.
Dlatego trudno uznawać jego błogosławieństwo. Dotyczy to nawet tego, kto zajmuje urząd arcybiskupa Canterbury, najbardziej czcigodny w całej Wspólnocie Anglikańskiej. Od strony formalnej, błogosławieństwo takiego arcybiskupa jest swego rodzaju pozorem, może lepiej: pewną intencją, ale nie ma zakotwiczenia w kapłaństwie Jezusa Chrystusa.
Drugi problem to fakt, że obecny arcybiskup Canterbury jest kobietą. Kościół katolicki uważa, że kobiety nie mogą zostawać kapłankami - że nie mają dyspozycji do tego, by przyjąć święcenia, bo Jezus Chrystus powołał do kapłaństwa wyłącznie mężczyzn. Dlatego nawet gdyby Kościół katolicki uznawał ważność święceń anglikanów, nie mogłoby to dotyczyć przypadku Sary Mullally.
Również w Kościele są kobiety, które chcą zostać księżmi albo biskupami - i bywa, że jakiś biskup organizuje ceremonię udzielenia im święceń. Z perspektywy Kościoła jest to jednak bezprawne - i bezskuteczne, nieważne. Nie wywołuje zamierzonego działania - sakrament nie jest udzielany, to tylko pozór.
Jak to więc możliwe, że obecny anglikański arcybiskup Canterbury, pani Sarah Mullally, wchodzi do Kaplicy Klementyńskiej, udziela błogosławieństwa – a katolicki biskup je ewidentnie przyjmuje?
Czy to tylko swoisty gest dyplomatyczny, nieistotny wyraz dobrej woli?
Powiedziałbym, że jest w tym coś więcej. Otóż rosnąca liczba katolickich teologów uważa, że te wszystkie zastrzeżenia i rozróżnienia – że to wszystko jest po prostu nieistotne. Uznają, że w prawdziwej wierze w Chrystusa chodzi o coś zupełnie innego, to znaczy o naśladowanie Pana poprzez miłość Boga i bliźniego. Jeżeli ktoś miłuje Boga i bliźniego, to choćby piastował urząd quasi-biskupi jakiegoś formalnie heretyckiego Kościoła, będzie traktowany z całą powagą – jako chrześcijanin. Innymi słowy, zgodnie z tym nowatorskim podejściem „stare” prawo, doktryna i moralność Kościoła schodzą na drugi plan. Liczy się tylko jakoby na nowo odkryty rdzeń Ewangelii, czyli miłowanie.
Kilka dni temu – w innym kontekście – mówił o tym papież Leon XIV. Został zapytany, co sądzi o niemieckich biskupach, którzy błogosławią pary tej samej płci. Jeszcze niedawno byłby to przecież niesamowity skandal. Akty homoseksualne są przez Kościół uważane za „grzech wołający o pomstę do nieba”. Jak można błogosławić związki, w których notorycznie się je popełnia? Jednak w „Fiducia supplicans” Franciszek sam dał zgodę na „spontaniczne” błogosławieństwa takich par. Leon XIV stwierdził, że niemiecka praktyka, która wykracza poza pewne Franciszkowe ograniczenia, mu się nie podoba. Stwierdził jednak, że… nie należy redukować moralności do spraw seksualnych, bo są o wiele ważniejsze kwestie moralne, takie jak sprawiedliwość czy wolność, w tym wolność religijna. Innymi słowy: tak, moralność seksualna jest może i ważna, ale nie przesadzajmy, zajmijmy się lepiej czymś innym. W końcu homoseksualiści też mogą wierzyć w Chrystusa oraz miłować Boga i bliźniego, więc zostawmy ich w spokoju.
Podobny schemat dostrzegam w podejściu do anglikanów. Tak, kwestia święceń czy ordynacji kobiet jest może i ważna, ale nie przesadzajmy, w końcu oni też wierzą w Chrystusa i chcą miłować Boga oraz bliźniego. Skoro tak, to są prawdziwymi chrześcijanami, zostawmy ich w spokoju – możemy nawet przyjąć błogosławieństwo od pani Mullally, która pełni funkcję arcybiskupa Canterbury.
W nowym paradygmacie Kościoła synodalnego, który został na dobre ufundowany przez Franciszka, a teraz jest kontynuowany przez Leona – to wszystko nie ma już tego znaczenia, co kiedyś.
Weszliśmy w nową erę…
