W Kościele katolickim za Odrą trwa prawdziwy exodus. Wierni odchodzą w niesamowicie szybkim tempie. Nie chodzi tylko o demografię – to problem całego Zachodu, również Polski; w RFN umiera znacznie więcej ludzi niż przychodzi na świat. Niemiecką specyfiką jest jednak tak zwana apostazja, czy też bardziej precyzyjnie – Kirchenaustritt, odejście z Kościoła. Katolik idzie do odpowiedniego państwowego urzędu i dokonuje po prostu aktu formalnego „wypisania się” z członkostwa w instytucji Kościoła. Strata? Być może wieczne zbawienie. Zysk – pieniądze, które w przypadku braku wypisu trafiałyby jako podatek do kieszeni niemieckich diecezji. Kwoty nie są duże – dla większości niemieckich katolików to naprawdę niewielkie pieniądze. Jednak znana niemiecka kultura oszczędzania każe zadbać o każdy grosz, nawet jeżeli to tylko kilkadziesiąt euro co miesiąc.

Biskupi próbują coś z tym zrobić. Ich zdaniem, jeżeli Kościół odzyska wiarygodność w oczach społeczeństwa, to odejść będzie mniej. Oczywiście nikt nie ma nadziei na to, by zupełnie je zatrzymać – większość rezygnujących to ludzie, którzy nie interesują się wiarą katolicką. Biskupi i wspierający ich świeccy sądzą jednak, że jeżeli Kościół jawiłby się jako „użyteczna społecznie” organizacja, to część ludzi w nim zostanie – nawet, jeżeli nie będą w ogóle wierzyć w Boga. Ostatecznie niemiecki Kościół katolicki prowadzi naprawdę poważną pracę społeczną – przedszkola, szkoły, szpitale, różnego rodzaju placówki socjalne… Bez Kościoła katolickiego życie wyglądałoby w Niemczech inaczej również w wymiarze socjalnym – w dużej mierze po prostu gorzej.

W 2019 roku biskupi postanowili, że przejdą proces gruntownej reformy wewnętrznej. Nazwali go Drogą Synodalną. Finał przedsięwziętych zmian ma przypaść na jesień tego roku. Wówczas – taki jest przynajmniej plan – ma powstać Konferencja Synodalna, bardzo specyficzna struktura władzy, złożona zarówno z biskupów jak i ze świeckich. Decydenci w niemieckim Kościele sądzą, że tego rodzaju demokratyzacja władzy będzie się podobać ludziom. Uznają wtedy Kościół za bardziej współczesny, transparentny, mówiąc krótko: wiarygodny.

Do tego dochodzą jeszcze inne zmiany w duchu konformistycznym: akceptacja teorii genderyzmu, uroczyste błogosławienie par jednopłciowych, udzielanie Komunii świętej każdemu, kto o to prosi, nawet jeżeli jest jawnogrzesznikiem, protestantem albo nawet muzułmaninem… Nowoczesny Kościół dla nowoczesnego niemieckiego społeczeństwa.

Problem w tym, że ludzie wydają się tym wszystkim kompletnie nie przejmować. Choć proces reform trwa od 2019 roku, z Kościoła wypisują się regularnie setki tysięcy katolików. Prasa nie ma na temat biskupów nic dobrego do powiedzenia. Niemiecka polityka coraz bardziej ignoruje religię; partie odwołują się do chrześcijaństwa bardziej jako do symbolu kulturowego, niż jako do czegoś, co jest rzeczywiście żywotne. Sekularyzacja trwa w najlepsze.

Prawda jest brutalna: ludzi ukształtowanych mentalnie przez liberalny rewolucyjny ład bardziej nienawidzi Kościoła niż docenia jego pracę charytatywną. Nawet jeżeli niemiecki Kościół byłby najbardziej wzorowym opiekunem wdów, sierot czy imigrantów – nikogo to nie przekona. Na jego czele stoi przecież w kraju biskup, na świecie papież – figury hierarchiczne, kojarzące się ze „średniowieczem” i „przymusem”. Duch egalitaryzmu, który dominuje we współczesnym świecie, jest po prostu nie do pogodzenia z Kościołem. Albo on, albo chrześcijaństwo – aż do ostateczności.

Angażując się w liberalne inicjatywy Kościół w Niemczech osiągnie tylko jeden efekt: zrazi do siebie tych, którzy są jeszcze zainteresowani chrześcijaństwem. Jakaś część mieszkańców RFN przecież wierzy w Boga. Mogłaby rozważyć pójście na Mszę świętą. Jednak zamiast Boga – w centrum stawia się tolerancję. Nie czci się świętych – czci się imigrantów i klimat. Taki Kościół nie jest już nikomu potrzebny.

Już raz Niemcy próbowali dokonać reformy. Zrobili to na początku lat 70., zwołując tzw. Synod Würzburski. Ile było wtedy nadziei na zmiany, na unowocześnienie, na nowy początek… Nic z tego nie wyszło. Część zmian zablokował Watykan, bo były niekatolickie; inne wprowadzono, ale nic to nie dało. Ludzie i tak się odwrócili.

Dlatego, jak sądzę, również dzisiaj obrana strategia przetrwania jest w istocie strategią autodestrukcji. Jesienią tego roku niemiecki episkopat triumfalnie ogłosi powstanie Konferencji Synodalnej – i nic się nie zmieni. Ciekaw jestem, czy ktoś wyciągnie z tego wnioski – i czy zrobimy to również my, Polacy, zanim ten czy inny postępowy hierarcha pomyśli, że w naszym kraju potrzeba tego samego inkluzywnego „otwarcia” na dialog z rewolucją.

Paweł Chmielewski

Autor jest publicystą portalu PCh24.pl