Mariusz Paszko, Fronda.pl: Jako człowiek doświadczony w „Solidarności”, w ruchu oporu wobec komunistów – czy dostrzega Pan podobieństwa między tym, co działo się w tamtych czasach, a tym, co dzieje się dziś pod rządami obecnej władzy?

Adam Borowski: Oczywiście. Przy wszystkich różnicach między 13 grudnia 1981 roku a 13 grudnia 2023 roku, pewne podobieństwa są bardzo wyraźne. Szczególnie te sprzed wprowadzenia stanu wojennego. Wtedy pozwalano opozycji działać, choć ją nękano i ograniczano. Dziś sytuacja nie jest identyczna, bo mamy opozycję w Sejmie, formalnie rzecz biorąc mamy demokrację.

Nie można więc powiedzieć wprost, że to to samo – bo nie jest. Pewnych procesów nie da się gwałtownie cofnąć. Ale widzimy zjawiska, które zdecydowanie budzą niepokój. Następuje rekomunizacja. Widzimy powrót ludzi wywodzących się z dawnych struktur, ludzi związanych z aparatem PRL, albo takich, którzy – choć młodsi – wychowywali się w tych środowiskach i przejęli ich sposób myślenia.

Trzeba tu wyraźnie podkreślić, że druga osoba w państwie to były komunista albo ktoś, kto tylko zmienił kostium na demokratyczny. Na różnych stanowiskach pojawiają się osoby powiązane rodzinnie z dawnym aparatem bezpieczeństwa. To już nie jest przypadek – to jest proces.

W swoich wypowiedziach bardzo krytycznie ocenia Pan Donalda Tuska. Dlaczego?

Przede wszystkim trzeba powiedzieć, że jest on sprawnym manipulatorem. Na początku swojej drogi politycznej przedstawiał się jako liberał, człowiek zakorzeniony w tradycji solidarnościowej. Brał nawet ślub kościelny przed startem w wyborach prezydenckich. Platforma Obywatelska rodziła się jako formacja konserwatywna – jej politycy jeździli na rekolekcje do klasztoru na Skałce i mówili, że tam „ładowali akumulatory”.

Co z tego dzisiaj zostało? Absolutnie nic! Dziś widzimy poparcie dla aborcji, dla ideologii gender, przywracanie przywilejów dawnemu aparatowi represji. To wszystko dzieje się za przyzwoleniem człowieka, który kiedyś odwoływał się do korzeni „Solidarności”. Werbalnie mówił, że był pod stocznią, że wspierał strajk. A dziś…?

Mówi Pan też o rosnącym autorytaryzmie władzy. Co ma Pan na myśli?

Widzimy wzrastającą opresyjność wobec niezależnych mediów, wobec opozycji, wobec procesu wyborczego. Widzieliśmy, jak używano aparatu państwa przeciwko kandydatowi społecznemu na urząd Prezydenta RP, panu Karolowi Nawrockiemu. Odbierano mu środki finansowe na kampanię. Premier publicznie atakował go w telewizji wylewając całe tony politycznego szamba.

Widzieliśmy wreszcie działania służb – jawnych i niejawnych – przeciwko obecnemu prezydentowi. A jednak społeczeństwo się zorganizowało. 1 czerwca 2025 roku nasz kandydat wygrał wybory. Pokonaliśmy opresyjne państwo. I to nie był koniec – próbowano utrudnić jego zaprzysiężenie. Jednak siła społecznego nacisku powstrzymała te zapędy.

Jakie koszty w Pana ocenie ponoszą przeciwnicy obecnej władzy?

Niektórzy już zapłacili bardzo wysoką cenę. Rolnik, który został pobity podczas protestów i nie wytrzymał psychicznie, popełnił samobójstwo. Pani Barbara Skrzypek, przesłuchiwana w sposób – moim zdaniem – haniebny, zmarła kilka dni później. Ksiądz Michał Olszewski i urzędnicy objęci postępowaniami, a z azylu politycznego na Węgrzech korzystają panowie Zbigniew Ziobro i Marcin Romanowski.

Przeciwko politykom opozycji stawiane są wnioski o uchylenie immunitetu, zarzuty, areszty. Przykład posła Mateckiego. Próby usunięcia prezesa NBP Adama Glapińskiego. To pokazuje kierunek. Ale społeczeństwo reaguje. To nasza siła.

Chciałbym zapytać o wymiar sprawiedliwości. Jak ocenia Pan jego funkcjonowanie pod obecnymi rządami?

Niezreformowanie wymiaru sprawiedliwości było największym błędem III RP. Uwierzyliśmy, że system sam się oczyści. Tak się nie stało. Sądy to fundament państwa – każda sprawa w końcu trafia do sądu. Jeśli fundament jest słaby, całe państwo jest słabe.

Nie rozliczono zbrodniarzy komunistycznych. Nie usunięto sędziów, którzy skazywali opozycjonistów. Powstała aberracja – działacze dostawali odznaczenia, a dawni sędziowie wysokie emerytury.

Próby reformy wywołały bunt części środowiska, które zaczęło mówić o sobie jako o „nadzwyczajnej kaście”. A przecież w demokracji każdy podlega kontroli społecznej.

Jak Pan rozumie w obecnej sytuacji „quasi-dyktaturę”, o czym czasem się czyta i słyszy?

Jeśli ministrowi i jego urzędnikom stawia się zarzuty działania w zorganizowanej grupie przestępczej za decyzje administracyjne – to mamy do czynienia z polityzacją prawa. Jeśli pojawiają się głosy o delegalizacji opozycji czy odebraniu koncesji mediom – to jest to już alarm dla wolności i dla całego społeczeństwa.

Takie określenia jak „quasi-dyktatura” pojawiają się w debacie jako ostrzeżenie przed koncentracją władzy i nadużyciami.

Czy widzi Pan obecnie zagrożenie dla wolności słowa w naszym kraju?

Widzimy podwójne standardy. Starsza kobieta skazana za wpis w internecie skazana na więzienie w zawieszeniu za wpis przeciwko Owsiakowi „giń człowieku”, a z drugiej strony brak zdecydowanych działań wobec oficera SOP, grożących albo nawet planującego zamach na dziennikarza. To budzi zdecydowany sprzeciw.

Na koniec – komisje śledcze, m.in. ds. Pegasusa czy do spraw tzw. afery Epsteina. Czemu to służy?

Moim zdaniem to oczywista próba odwracania uwagi od realnych problemów naszego kraju: paktu migracyjnego, Zielonego Ładu, ETS, Mercosur. Afera Epsteina to sprawa amerykańska. Co ona ma wspólnego z Polską? To raczej spektakl polityczny.

Komisje kosztują ogromne pieniądze. Ich efekty są wątpliwe. To igrzyska dla plebsu i akolitów obecnej władzy. Ale Polacy przestali już być widownią bez refleksji.

Czy jest Pan przekonany, że polskie społeczeństwo obroni wolność?

Tak. Mamy doświadczenie walki z silniejszym przeciwnikiem w czasach PRL. Wierzę w gen wolności w Polakach. Wolność nie jest dana raz na zawsze. Ojczyzna kosztuje i trzeba to brać pod uwagę.

Jesteśmy szczęśliwym pokoleniem – doczekaliśmy niepodległej Polski. Nie możemy jej stracić. I nie stracimy.

Uprzejmie dziękuję Panu za rozmowę.

Również dziękuję, Panie Redaktorze.