Fronda.pl: Jak ocenia Pan szanse na zakończenie wojny w Iranie poprzez negocjacje? Ogłoszony rozejm jest ewidentnie bardzo kruchy i już jest naruszany.

Andrzej Talaga: Rozejm jest naruszany. Przede wszystkim jest inne rozumienie tego, czy rozejm obejmuje Liban, czy też nie. Strona izraelska twierdzi, że nie, a strona irańska, że tak. Jeżeli racja jest po stronie irańskiej to rozejm jest nie tylko łamany, ale radykalnie gwałcony. Fakty są takie, iż na razie Iran przestrzega rozejmu. Jakie są szanse na porozumienie? Na pewno większe niż na początku wojny, ponieważ Ameryka nie chciałaby kontynuować konfliktu zbrojnego w obecnej formie, niewiele jej on przynosi. Krok dalej to byłoby to, co zapowiedział prezydent Trump, czyli niszczenie infrastruktury cywilnej – elektrowni, mostów, rafinerii, portów przeładunkowych ropy naftowej. To oczywiście ugodziłoby Iran bardzo boleśnie. Przede wszystkim jednak ugodziłoby społeczeństwo irańskie, a przynajmniej teoretycznie przecież nie ono jest stroną konfliktu, tylko reżim w Teheranie. Kontynuowanie w ten sposób wojny byłoby odwrotnością tego, w oparciu o co ta wojna się rozpoczęła, czyli „wyzwolenia" Iranu spod panowania tego reżimu. Politycznie nie ma to żadnego sensu. Stąd też wydaje się, że Amerykanie chcą porozumienia. Jeżeli jedna strona, ta dominująca, porozumienia chce, to szanse na nie wzrastają. Oczywiście diabeł zawsze tkwi w szczegółach. Nie znamy 11-punktowej propozycji irańskiej, nie wiemy, które punkty będą dyskutowane, które są kontrowersyjne. Z tego, co słychać i co ujawniono są tam postulaty nie do przyjęcia przez Amerykanów, na przykład wycofanie wojsk amerykańskich z Zatoki Perskiej albo zachowanie prawa do wzbogacania uranu przez Iran. Mimo to, na pewno dzisiaj szanse na jakieś porozumienie, które zakończyłoby walki i tworzyło jakiś modus vivendi w regionie jest możliwe.

Jak ocenia Pan sytuację Stanów Zjednoczonych? Panuje przekonanie, że Amerykanie tej wojny nie wygrali. W USA mówi się nawet o strategicznej porażce Stanów Zjednoczonych.

Myślę, że to jest strategiczna porażka. Czym innym jest wygrać militarnie, a czym innym strategicznie i politycznie. Nie jest tak, że wystarczy wojnę wygrać w sensie wojskowym i już. Wojna służy bowiem realizacji celów politycznych. Jeżeli pomimo „zwycięstwa" te cele nie są zrealizowane, wojna nie jest wygrana. Nie ma możliwości, aby ją w ten sposób interpretować. Co z tego, że zniszczymy przeciwnika, skoro on nadal jest, stoi gotowy do walki i tak naprawdę niewiele stracił, poza niektórymi zasobami, czyli zniszczonym sprzętem. Zasoby może przecież odbudować. Ludzi też Iran nie stracił tak wielu, jeżeli chodzi o kadry, czyli Gwardię Rewolucyjną i siły zbrojne. Sprzęt, infrastruktura, zdolności – one na pewno są osłabione, ale ciągle są. Sami Amerykanie oceniają, że zniszczyli tylko połowę arsenału rakiet balistycznych. To oznacza, że druga połowa została i może razić cele w sposób tak skuteczny, że sparaliżuje gospodarkę światową. Nie jest to zatem na pewno wygrana Amerykanów, ale nie jest również to ich klęska. Mamy przykłady zwycięstw militarnych i porażek politycznych. Na przykład Wietnam – Amerykanie wygrali wojnę militarnie, ale kompletnie przegrali ją politycznie, bo się wycofali, nie zostawiając armii południowowietnamskiej w dostatecznie dobrej formie, a przede wszystkim Kongres odmówił finansowania zakupów amunicji dla tej armii. Tutaj może być podobnie. Okazuje się, że Ameryka nie jest już taka groźna. Stawianie na argument siły przed wojną w Iranie było dużo skuteczniejsze niż będzie po niej. Dobrze zorganizowane państwo, przygotowane na wojnę, tak jak Iran, może powiedzieć: „co z tego, że nam grozicie, skoro widzimy, iż jest szansa przetrwania nawet frontalnego uderzenia". Ameryka już teraz osłabła. I będzie słabsza po wojnie, co zachęci jej wrogów do działań bardziej asertywnych.

Donald Trump ponownie komunikował zamiar opuszczenia NATO i rozmawiał o tym z Markiem Rutte, mówi się też, że administracja Trumpa będzie chciała w jakiś sposób ukarać państwa, które niedostatecznie pomogły Amerykanom w Iranie. Czy tak się może stać?

Co do wycofania z NATO, decydujący głos ma tutaj Kongres, sam prezydent nie może tego dokonać. Decyduje o tym Kongres i to większością kwalifikowaną. Są jednak przecież precedensy, czyli członkostwo w NATO bez obecności wojskowej – to na przykład Francja przed Nicolasem Sarkozy, który przywrócił Francję do struktur wojskowych. Gdyby Amerykanie poszli drogą francuską pozostaliby w NATO, ale nie uczestniczyli w działaniach wojskowych i planowaniu Paktu. To jest możliwe. Pojawiają się jednak sygnały, że nie o to Amerykanom chodzi. Chodzi im o raczej o „ukaranie", czyli o zmniejszenie gwarancji bezpieczeństwa dla tych krajów, które zachowały się nie tak, jak prezydent Trump tego oczekiwał w trakcie wojny z Iranem. Trwa obecnie rewizja obecności wojsk amerykańskich na całym świecie, przeprowadzana przez Pentagon na zlecenie obecnej administracji. W ramach tej rewizji może się okazać, że na przykład siły zbrojne USA w Hiszpanii, we Włoszech albo nawet w Niemczech nie są już potrzebne i trzeba je realokować częściowo do Polski, a częściowo z powrotem do Stanów Zjednoczonych. W ten sposób takie państwa tracą obecność sił amerykańskich na swoim terytorium. Ma to znaczenie i praktyczne, i strategiczne. Dużo trudniej jest przeciwnikowi zaatakować taki kraj, w którym są siły amerykańskie niż kraj, w którym ich nie ma. W Polsce stacjonuje na przykład ponad 10 tys. żołnierzy amerykańskich. Jednak w większości, poza jednym batalionem na Mazurach, są to siły amerykańskie na mocy porozumienia dwustronnego, a nie siły NATO na mocy układu sojuszniczego. Oznacza to, że już teraz wojna z Polską jest także wojną ze Stanami Zjednoczonymi. Taka obecność ma znaczenie strategiczne, jest realnym gwarantem bezpieczeństwa. Wycofanie sił USA z tych „ukaranych" krajów byłoby dla nich na pewno pogorszeniem ich bezpieczeństwa. Chyba o to chodzi tj. zróżnicowanie amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa wewnątrz NATO w zależności od zachowania poszczególnych krajów. Byłaby to nowość, ale to nie jest jeszcze prawdziwe wyjście z NATO.

Czy może dojść do jakiegoś przesilenia politycznego w USA? Amerykańska prasa donosiła, że dosłownie parę godzin przed ogłoszonym zawieszeniem broni w Pentagonie nastąpił rozłam i niektórzy dowódcy planowali sprzeciwić się Hegsethowi i odmówić autoryzacji ataków, które mogłyby stanowić zbrodnie wojenne.

Prawo międzynarodowe nie jest tym hamulcem, którym najbardziej ogranicza Stany Zjednoczone. Nie są one stroną traktatu powołującego Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze. Nigdy nie pozwalały sądzić swoich żołnierzy za zbrodnie wojenne przez państwa, na których terytorium te zbrodnie zostały popełnione. Amerykanie sami ich sądzili. Dotyczy to także państw sojuszniczych, na przykład w sprawie gwałtów na Okinawie. Japończycy nigdy żołnierzy amerykańskich nie sądzili za te gwałty. Był to zawsze potężny spór polityczny pomiędzy Ameryką, a Japonią. Widać, że Ameryka ma dużo mniejsze hamulce w kwestii wyboru celów niż państwa europejskie. Nie wierzę, że generałowie amerykańscy, kierując się humanitaryzmem, zakwestionowali listę celów.

W jakiej sytuacji Pana zdaniem znalazł się Izrael? Zawieszenie broni zostało w Izraelu bardzo źle przyjęte, kraj ten bez żadnych ograniczeń kontynuuje wojnę z Hezbollahem.

Ta wojna przede wszystkim służyła Izraelowi. Okrojenie o połowę irańskiego arsenału rakiet balistycznych jest wielkim sukcesem. Izraelczycy są o połowę bezpieczniejsi. Ich obrona przeciwlotnicza zadziałała, ale Irańczycy stosowali tzw. ataki saturacyjne tj. różnymi systemami na raz. Te ataki są bardzo trudne do obrony. Jeśli spojrzymy zatem na straty, jakie Izrael poniósł i z drugiej strony jego zyski, to wygranym w tej wojnie jest właśnie on (o ile ktokolwiek jest tutaj wygranym). Zaś co do opinii w Stanach Zjednoczonych, rzeczywiście panuje tam przekonanie, że do tej źle rozegranej wojny Amerykę wciągnął Izrael. Oznacza to, że gdyby nie Izrael i Netanjahu prezydent Trump by tam nie poszedł i nie byłoby całego tego bałaganu. To faktycznie pogarsza sytuację Izraela, ale w Ameryce, a nie na Bliskim Wschodzie.