Umarł w wieku 68 lat z powodu zespołu nabytego niedoboru odporności AIDS. Był wtedy człowiekiem samotnym, który żył w bardzo skromny sposób. Niektórzy przypominali wtedy, że raptem osiem lat wcześniej, 14 czerwca 1998 roku, Wojciech Krolopp przeżywał moment chwały. Oto w auli Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu odbył się galowy koncert mający uczcić 30-lecie pracy artystycznej Wojciecha Kroloppa. W tym samym roku poznański dyrygent został dyrektorem honorowym Fundacji OPUS III w Holandii, a wcześniej, w 2001 roku, wybrany został do prestiżowego sekretariatu organizacji chórów Unii Europejskiej.
Cała ta kariera rozpoczęła się, gdy jako solista sopran zadebiutował w chórze w wieku 12 lat, w 1957 roku. Siedem lat później, wraz z naturalną zmianą warunków głosowych, został barytonem, by wreszcie w roku 1968, gdy miał 23 lata, po raz pierwszy objąć funkcję dyrygenta. W latach 70. Krolopp został uczniem Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w Poznaniu, ale jego naturalną domeną był zawsze Poznański Chór Chłopięcy. Założył go zasłużony Jerzy Kurczewski (1924–1995), etnolog i reżyser muzyczny w poznańskiej rozgłośni Polskiego Radia. To Kurczewski stworzył wpierw poznański międzyszkolny chór chłopięcy, który w 1961 roku przemianowano na Poznański Chór Chłopięcy. Bardzo szybko Polacy zachwycili się dziecięcym chórem, który najszerzej znany był pod przydomkiem „Poznańskie słowiki”. W 1968 roku Krolopp zostaje zastępcą Kurczewskiego ds. artystycznych, a jednocześnie pełni funkcję menedżera. Kurczewski, jako członek PZPR, zapewniał polityczny parasol nad swoją inicjatywą i bardzo szybko przekonał komunistyczne władze, że jego chór chłopięcy to doskonała wizytówka Polski Ludowej, w którą warto zainwestować znaczne środki.
W warunkach PRL ktoś, kto był menedżerem prestiżowego zespołu wyjeżdżającego co rusz za granicę, był w swoistej postaci półboga. To on w dużej mierze decydował, kto wyjedzie na atrakcyjny wyjazd do Niemiec Zachodnich, Wielkiej Brytanii czy do USA. A wtedy każdy taki wojaż za żelazną kurtynę był niesamowicie atrakcyjnym darem. Wiadomo było też, że przy okazji takich wypraw można było kupić atrakcyjne towary lub też zahandlować czymś. W wypadku Kroloppa, oprócz „normalnych” w takich wypadkach korzyści czysto merkantylnych, ważnym elementem jego pracy była skłonność do molestowania młodych chłopców. Jak potem wyszło na jaw, Krolopp działał niezwykle sprawnie. Sąd, który skazał go na karę więzienia, w swoim werdykcie zwrócił uwagę na to, że ten swoisty opiekun „Poznańskich słowików” był mistrzem budowania swego nieskazitelnego wizerunku w środowisku artystycznym Poznania.
Molestowania na chłopcach dopuszczał się głównie podczas wyjazdów. Korzystał z tego, że chłopcy, zaszokowani wizualną atrakcyjnością zagranicy i podniesieni na duchu sukcesami przy ogromnym entuzjazmie publiczności, byli mniej skłonni do stawiania oporu. A potem działał już mechanizm wyraźnej sugestii na zasadzie: „będziesz milczał, to masz szanse na kolejne wyjazdy”. Najbardziej przerażającym elementem tego mechanizmu było to, że zachwyceni tym, że ich syn robi karierę w chórze, niektórzy rodzice bagatelizowali sygnały, na podstawie których mogliby dostrzec, że dzieje się coś złego z ich synem, z racji zadowolenia, że syn może zwiedzać świat.
Po latach dziennikarze ustalili, że pierwsze pogłoski o tym, że w „Poznańskich słowikach” dzieje się coś niedobrego, krążyły w Poznaniu już od końca lat sześćdziesiątych. Nikt jednak nigdy nie złożył formalnego doniesienia o popełnieniu przestępstwa. Pamiętać trzeba, że Krolopp, z racji swoich kontaktów, miał przyjaciół na wysokich stanowiskach. O tym, że rodzice nie donosili na zwyrodniałego dyrygenta, mogły też decydować jego talenty mediacyjne, bazowanie na niechęci rodziców do rzucenia cienia na ich dzieci, nawet jeżeli miałyby status ofiary seksualnego drapieżnika, a wreszcie – jak podejrzewano – w najbardziej drastycznych wypadkach Krolopp mógł sięgać po przekupstwo, bo przy takiej ilości wyjazdów zagranicznych był w stanie dysponować dużą ilością tzw. walut, które w PRL-u potrafiły zamykać usta.
W 1990 roku Krolopp przejmuje po Jerzym Kurczewskim dyrekcję i kierownictwo artystyczne „Polskich słowików”. W tej nowej epoce przebiegły menedżer zadbał też o bardzo dobre relacje z poznańskim Kościołem. Symbolem tego nowego trendu w jego działaniach była realizacja cyklu pod hasłem „Muzyka w kościołach Poznania i Wielkopolski”, który przyczynił się do odbycia 291 koncertów w 176 kościołach w całej Polsce. Gdy wybuchła afera wokół molestowania kleryków przez arcybiskupa i metropolitę poznańskiego Juliusza Paetza w 2002 roku, po latach dywagowano, czy Kroloppa i Paetza nie zbliżyły podobne tajemnice występnych działań.
Ostatecznie podwójne życie dyrygenta zaczęło wychodzić na jaw w okolicach przełomu 2002 i 2003 roku. 16 czerwca 2003 policja zatrzymała Kroloppa pod zarzutem „poddawania osób małoletnich innym czynnościom seksualnym”. Przygotowanie materiału prokuratorskiego poszło stosunkowo szybko, bo już 13 stycznia 2004 roku ruszył proces w sprawie molestowania małoletnich członków chóru. Konkretnie zarzucano mu przypadki, do których doszło w latach 1994–1998. Sędziowie zdawali sobie sprawę, że tak naprawdę dotyczy to stosunkowo małego procentu potencjalnych ofiar zwyrodnialca. Ale był to już okres, gdy zdrowie oskarżonego było w fatalnym stanie. Lekarze podejrzewali rozprzestrzenianie się nowotworu, którego szybki rozwój wynikał z zaawansowanego stanu choroby AIDS. W rezultacie doszło do paru zawieszeń procesu wskutek przeprowadzenia kolejnych operacji, mających zatrzymać rozwój choroby. Wreszcie 23 lipca 2004 roku Krolopp usłyszał werdykt: skazano go na osiem lat pozbawienia wolności. Był to efekt zeznań ponad 40 świadków. W lutym 2005 roku Sąd Okręgowy w Poznaniu skrócił karę do sześciu lat pozbawienia wolności. Bardzo szybko pogarszający się stan zdrowia Kroloppa powodował liczne przerwy w odbywaniu kary i wreszcie w 2007 roku doprowadziło to do zwolnienia z zakładu karnego. Jednak jego pobyt „na wolności” był już jedynie pasmem kolejnych terapii.
Cała sprawa wywołała swoiste trzęsienie ziemi w Poznaniu. Liczni przyjaciele i chwalcy Kroloppa z czasów jego chwały początkowo próbowali go bronić, a potem, gdy oczywistość winy zaczęła wychodzić na jaw, powoli wycofywali się, bojąc się o swoją własną reputację. Jak wskazywali niektórzy komentatorzy, cała sprawa menedżera „Poznańskich słowików” pokazała dziwaczny fenomen poznańskich elit, w których mieszały się elementy układania się z władzami PRL, pseudokonserwatywnym nadęciem, do którego po 1990 roku doszło szukanie przez Kroloppa patronatu ze strony części hierarchii kościelnej. W całej tej sprawie można tylko smutno zadumać się nad krzywdą tych ofiar, które nigdy nie zdecydowały się na publiczne opowiedzenie o swoich krzywdach.
Piotr Semka
