Zakłócenia w przestrzeni powietrznej i masowe odwołania połączeń przesiadkowych sprawiły, że setki – a według relacji podróżnych nawet tysiące – pasażerów z Europy utknęło także w Azji Południowo-Wschodniej i na Oceanie Indyjskim. Wśród nich są Polacy przebywający m.in. w Tajlandii i na Malediwach.
Po rozpoczęciu operacji wojskowej USA i Izraela przeciwko Iranowi kolejne państwa regionu wprowadzały ograniczenia w ruchu lotniczym, a linie lotnicze zawieszały lub przekierowywały rejsy przez Bliski Wschód. W efekcie przesiadkowe huby w Dubaju, Dosze czy Rijadzie – kluczowe dla tras między Europą a Azją – zostały częściowo zamknięte lub przeciążone. Problemy te szybko rozlały się na siatkę połączeń w całej Eurazji.
Relacje podróżnych wskazują na poważny chaos informacyjny na lotniskach. „Setki, a już chyba tysiące osób koczują na terminalach, śpiąc na podłogach, bez jasnych informacji, kiedy i jak wrócą do domów” – relacjonuje w mediach społecznościowych jedna z Polek opisujących sytuację w Tajlandii. Podróżni skarżą się na anulowane loty, brak alternatywnych miejsc oraz wielodniowe opóźnienia.
Portal poświęcony turystyce w Tajlandii informuje, że na lotnisku Suvarnabhumi w Bangkoku część połączeń do Europy została anulowana lub przesunięta, a pasażerowie muszą szukać nowych tras przez odległe kraje.
Podobne sygnały napływają z Malediwów, gdzie – według relacji cytowanych przez polskie media – podróżni mają trudności z uzyskaniem informacji od przewoźników i służb konsularnych.
Polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych potwierdziło utrudnienia w podróżach przez Bliski Wschód i apeluje o kontakt z liniami lotniczymi oraz śledzenie komunikatów. Nie ogłoszono jednak operacji ewakuacyjnej z Azji. W przeciwieństwie do niektórych państw regionu, Polska na razie nie zapowiedziała wysyłania specjalnych samolotów po obywateli.
